czwartek, 19 marca 2015

Rozdział II- Sen.

             Otwieram oczy. Jest poranek. Słońce dopiero ukazuje swoje pierwsze promienie nad widnokręgiem. Leżę w łóżku okryta kocem. Pewnie Marley mnie nim okrył. Wstaję i podchodzę do drewnianej rzeźbionej szafy. Zastanawiam się, komu chciało się szykować te wszystkie meble. Wyjmuję z niej ubrania i podnoszę z ziemi buty. Wszędzie pełno ludzi. Zastanawiam się, czemu nie słyszę ich kroków i rozmów? Jeszcze wczoraj przez te niby „ściany”, słyszałam wyraźnie jak Marley rozmawiał ze wściekłą Kate. Podchodzę na skraj podłogi i spoglądam w dół. Chyba będę musiała znaleźć sobie inny dom. Nie mam zamiaru codziennie zasypiać i budzić się wśród tłumu osób. Chyba zasługuję, na odrobinę szacunku. Choć z zewnątrz nie widać mnie, to ja widzę ich i to mi wystarcza.
             Idę na dół. Słyszę lekkie chrapanie, spoglądam na kanapę. Leży na niej Marley. Został tu na noc. I jak ja mam się teraz przebrać?  Wracam na górę. No cóż, pozostało mi czekać, aż się obudzi. Ponownie siadam na łóżku.
             
         -Och witaj Tori. Jak ci się spało? Trochę się przestraszyłem jak niespodziewanie zasnęłaś, w pierwszej chwili myślałem, że ponownie zemdlałaś. Krzyczałaś i płakałaś przez całą noc.- przychodzi na górę, gdy już traciłam nadzieje, że się kiedykolwiek obudzi. Ziewa i przeciąga się.
         -Cześć! Wreszcie wstałeś! Już traciłam na to nadzieje. Dziękuję, spało mi się bardzo dobrze, a tobie?
         -Naprawdę? Mi się spało… kiepsko. Chciałem cię parę razy by cię obudzić, ale za każdym razem, gdy podchodziłem, uspokajałaś się. Czemu się nie przebrałaś? Za dwie godziny masz być u Chole! Zbieraj się.- stuka palcem w zegarek na ręce. Bez zastanowienia biorę ubrania i schodzę na dół. Chwila, skąd on wie, o której mam być u mojej nowej opiekunki? Nic mu na ten temat nie mówiłam…  
             Gdy nakładam buty, Marley przychodzi do mnie i bierze swój plecak. Otwiera drzwi i wręcza mi klucz. Mówi mi, że odprowadzi mnie na miejsce. Nie mogłam się oprzeć i pytam go o to skąd wie, że umówiłam się na dziewiątą. Milknie. Dopiero pod samym domem Chole raczy mnie swoją odpowiedzią. Mówi, że wszystko wyjaśni nad jeziorem. Pewnie gra na zwłokę. Myślałam, że mogę mu zaufać. A on jest kolejną osobą, która mówi mi prawdę, dopiero wtedy, gdy jest do tego zmuszona. Szkoda.
             Wchodzę po betonowych schodach i pukam do drzwi. Otwiera mi je brunet. Jest szczupły i nosi okulary. Zaprasza do środka, prosi bym chwilę poczekała i zaprowadza mnie na werandę. Gdy odchodzi odwracam się i opieram o barierkę. Widok jest… jest… nie znam słowa, które określiłoby jego piękno i czar. Przede mną rozciąga się wśród krajobrazu gór, krystalicznie czyste, turkusowe jezioro.  
             Ciekawe czy to właśnie o nim mówił Marley. Skąd miał pewność, że je odnajdę? Przewiduje każdy mój ruch… Jest bardzo przebiegły, ale to nie jest do niego podobne. Nie rozumiem jego zachowania. Raz mnie pociesza jest przy mnie, a zaraz potem milczy i unika odpowiedzi. Nie jestem pewna czy ten Marley, którego znam jest tym prawdziwym. Nie jestem też przekonana, czy jego wczorajsze zapewnienia nie są kłamstwem. Byłam tak zmęczona i wyczerpana psychicznie, że byłam w stanie uwierzyć w każde słowo, które potwierdzałoby wcześniejszy stan rzeczy. Moje stosunki z innymi. Moją starą tożsamość.
             Pewnie to, czego dzisiaj się dowiem na zawsze zmieni moje życie. Już wczoraj straciłam swój charakter. Tak, już od wczoraj nie jestem pewna czy osoba, za którą się uważam w ogóle istnieje. Skrzyczałam pana Odair i Dona. Nigdy nie byłam taka zdenerwowana i rozłoszczona. Zawsze jestem i będę opanowaną, spokojną Tori Light… Ale problem w tym, że nie jestem Tori. Jestem Victoria.
              Ciekawi mnie, czy moja matka zna tą przepowiednie i czy zamierzała mi kiedykolwiek o tym powiedzieć. Czy wiedziała, że rodzi kolejne wcielenie nieśmiertelnego dziecka, które umiera, ale bez znaczenia na wszystko rodzi się ponownie w innym ciele. Na jej miejscu, gdybym za męża wybrałabym sobie jakieś stworzenie, albo boga, albo coś lub kogoś innego niż człowieka, a moja córka miałaby się urodzić z jakimiś tam urojeniami i ma przewidywać różne sytuacje, powiedziałabym jej to i wyjaśniła.
             Ciekawe, czy poprzednie Victorie miały mój charakter. Ciekawe, czy lubiły te same rzeczy. Czy miały mojego odpowiednika Marleya. Czy ja i moje dwadzieścia poprzedniczek posiadamy te same moce? Mamy prorocze koszmary, ewentualnie sny? Chodź na chwilę obecną, to zdecydowanie koszmary.
             Właśnie, prorocze sny… Podobno mam jeszcze więcej niezwykłych umiejętności, o których tylko ja wiem. Jeśli poprzednie Tori Light miały te same moce, to  może gdzieś jest napisane jakie to moce? Może któraś prowadziła dziennik lub pamiętnik.
             Kiedy się o nich dowiem, a raczej, kiedy je odkryję? Mam dość zgadywania rzeczy, które się stanął i oczekiwania, aż ktoś wyjawi mi prawdę. Chcę by ktoś wreszcie mi wszystko dokładnie wyjaśnił. Chcę wiedzieć na czym stoję.
           
             Czuję czyjąś dłoń na moim ramieniu. Szybko się odwracam i zauważam Chole. W końcu raczyła do mnie przyjść. Trzyma coś w ręku. Ma dziwne spojrzenie. Jest przepełnione nienawiścią. Spoglądam na jej rękę, a ta ją zabiera. Uśmiecha się serdecznie i mówi, że nie mam co się jej bać. Tłumaczy, że wie kim jestem i się cieszy, że wreszcie mnie odnaleźli. wtedy wpadam na tamtego chłopaka. Łapie mnie za ręce i zakrywa usta. Zaczynam się szarpać. Chole nie reaguje. Mimo jego śmiesznej postury nie potrafię się wyrwać z jego uścisku. Gryzę go za rękę, a wtedy ją cofa. Wykorzystuję sytuację i zaczynam wrzeszczeć, tak głośno, aż tracę oddech. Chole dalej nie reaguje, ale widzę, że jest przerażona. Do domu wbiega Kate. Atakuje mnie i wbija nóż w brzuch. Robi mi się ciemno… Mdleję….
            -Tori. Nie straż mnie tak, nigdy więcej!- mówi Marley.-  To był tylko zły sen… Zaczęłaś, wrzeszczeć i piszczeć i szamotać się w łóżku. Próbowałem cię obudzić, ale ty ugryzłaś mnie za rękę. Tori, co ci się śniło?- to tylko sen, to był tylko idiotyczny sen. Kolejny koszmar…
             Jest już ranek. Siadam na łóżku. Jestem cała zlana zimnym potem. Tym razem nie był to przerywany sen taki jak ten w lesie. Śnił mi się realny, dokładny sen i obudziłam się dopiero w momencie, gdy umarłam. Może wcale nie zwariowałam i to nie są halucynacje? W sumie to jeśli nawet są, to w końcu od dwóch dni nie miałam kontaktu z realnym światem. Jeśli kompletnie zwariowałam to i tak nie mam nic do stracenia. Czas zaufać samej sobie.
         -Marley, jak długo tu jesteś?- jeśli spał tutaj, na kanapie i zaraz zacznie mnie pośpieszać, to ja chyba oszaleję. Jeśli to prawda, że mam prorocze sny, to nie mam zamiaru iść do Chole. W ogóle muszę się o niej wszystkiego dokładnie dowiedzieć i jak na razie unikać Kate.
         -Spałem, u ciebie całą noc. Miałem przeczucie, że będzie ci się śnił dzisiaj koszmar. A teraz wstawaj i się ubieraj, w szafie są ubrania. Umówiłaś się z Chole racja? –puknął palcem w zegarek.
             Teraz to nawet jak będzie mnie błagać, bym wstała z łóżka, nie zrobię tego. Nie mam zamiaru wychylać nosa poza mój dom. Spoglądam na Marleya błagalnym wzrokiem i ponownie kładę się na łóżko.
         -Powiedz mi, co ci się śniło.- prosi mnie, a ja opowiadam mu mój sen pomijając moje rozmyślenia na werandzie. To co myślę o nim i o sobie wolałabym zachować dla siebie. Tylko dla siebie.
              Chyba przestraszył się tym, co mu powiedziałam, bo kazał mi się natychmiast ubierać i iść do pana Odair. Dziwię się, że nie ma tu tłumów osób, których obudziłam swym krzykiem. Podchodzę tak jak we śnie na skraj podłogi i spoglądam w dół. Podnoszę nogę i wymachuję nią w powietrzu. Gdy to robię czuję wyraźny opór, jakbym machała nogą w gęstej cieczy. Teraz wymachuję ręką. Wstaję odwracam się do Marleya. Odwracam się do niego. Brunet wyjmuje ubrania z szafy i każe mi się przebrać. Znajduję jego plecak na dole. Zasłaniam okna. Chwytam go w rękę i siadam na fotelu.
             Zastanawiam się skąd oni wiedzą jakiego rozmiaru noszę ubrania?
Tak jak we śnie, gdy zakładam buty, schodzi na dół. Szuka czegoś za kanapą. Swojego plecaka. Podchodzę do niego i biorę kluczyki z jego ręki, otwieram drzwi i mu jego zgubę.
         -Skąd wiedziałaś, że go szukam?
       -Jesteś przewidywalny Marley, przewidywalny. A i jeśli po raz kolejny nie zamierzasz się do mnie odzywać przez całą drogę, to w ogóle ze mną nie idź.- uśmiecham się, a on chyba zaczyna domyślać, co mam na myśli, bo odwzajemnia mój gest i zapewnia mnie, że jak chcę to będzie mówić przez cały czas, aż sama go uciszę. Niestety mimo jego zapewnień, po moim pytaniu milknie i ponownie dopiero przed budynkiem, mówi mi bym przyszła nad jezioro o trzeciej.
       -Nie, proszę powiedz mi to teraz. –nie mam zamiaru nigdzie chodzić i pomagać, by mój koszmar się ziścił. Nagle obok nas przechodzi chłopak z mojego snu. Łapię Marleya za rękę i zaczepiam chudego chłopaka w okularach. Mam okazję sprawdzić wiarygodność snu.
    -Cześć jestem Anabel, dużo osób mówi, że nie tylko pracujesz dla Chole, ale i jesteś jej chłopakiem czy to prawda?- pytam się go , mówiąc jednym tchem.
      -Nie, chciałbym. A teraz przepraszam, ale nie mam czasu na głupie plotki.- spogląda na mnie wrednie, unosi głowę do góry i odchodzi. Czyli on naprawdę dla niej pomaga. Go muszę unikać przede wszystkim.
             Ciekawe tylko czy ten sen był na tyle realistyczny, że ktoś mi dzisiaj zrobi krzywdę. Muszę trzymać się blisko kogoś, komu ufam. Problem jest w tym, że na chwilę obecną, nikt nie jest mi na tyle bliski. Nawet moja mama. Czy naprawdę, jest ze mną szczera? Nie powiedziała mi przecież, o tym, jaka jestem wyjątkowa. Być może gdybym wiedziała, że w wieku szesnastu lat moje życie się zmieni, nie czułbym strachu do tego wszystkiego.
             Tak, ja zdecydowanie boję się tego miejsca, a szczególnie tego, że na każdym kroku czyha na mnie jakieś zagrożenie. Mimo, że to właśnie tutaj według przepowiedni mam być bezpieczna. Jeśli to prawda, to strach się bać miejsca, gdzie przebywać nie powinnam. Może panikuję z powodu tego snu. W końcu, prorocze sny miałam od dawna, a nie od wczoraj. Gdy się skupiłabym się na jego sensie, potrafiłam doszukać się odpowiedzi na niezadane pytania. Z drugiej strony, jeszcze nigdy mój sen nie był taki do słowny.
      Chcę jak najszybciej zakończyć ten dzień. Mogłam nie wstawać z łóżka. Tak by było zdecydowanie lepiej. 
         -Em.. Tori, co to miało być?- och, ja dalej trzymam go za rękę. Natychmiast ją puszczam i mu wszystko wyjaśniam. Ten stwierdza, że lepiej będzie jak pójdzie razem ze mną do pałacu.
             Wnętrze po raz kolejny mnie zaskakuje. Wszystko tutaj jest tak nienaturalnie, czyste i nietknięte. Kieruję się do gabinetu dyrektora, pociągam za klamkę, ale pokój się nie otwiera. Pukam w drzwi. Cisza. Odwracam się i patrzę błagalnym wzrokiem na mojego przyjaciela. Prowadzi nas na górę. Wędrujemy długim marmurowym korytarzem, który przypomina labirynt. Wszędzie jest pełno pomieszczeń. Idziemy prosto, aż do jego końca.
             Przed nami znajdują się wielkie rzeźbione drzwi. Coś czuję, że zapewne tutaj znajduje się dyrektor. Marley podchodzi do nich i delikatnie puka. Trzy razy. Otwierają się. Wchodzimy do ogromnego pomieszczenia, w kształcie kopuły.  Rozglądam się dookoła. Widok zapiera mi dech w piersiach. Jest tu wiele przeróżnych stołów, na których walają się sterty kartek. Dach podtrzymują jedynie olbrzymie kolumny. Podchodzę do pięknie rzeźbionego, drewnianego meblu i przeglądam się starannie wykonanym rysunkom konstelacji gwiazd.
             Moją uwagę zwraca tylko jeden urwany skrawek papieru. Dokładnie się mu przyglądam. Widnieje na nim litera „V”. V jak Victoria… Kolejna rzecz, związana ze mną. Marley stoi przy panu Odair, z kolei oni przy wielkim mosiężnym teleskopie. Ponownie wbijam swój wzrok, na kartkę. Coś na niej pisze. Na moje szczęście, wyrazy są na tyle niewyraźne, że nie potrafię, odczytać z nich nawet jednej litery. Mam jednak przeczucie, że przyda mi się ta kartka. Szybko zwijam kartkę w rulon i chowam ją do kieszeni. Czy ja ją kradnę?
             -Tori… To znaczy Victoria, choć tu do nas…- woła mnie Marley, chyba zresztą w samą porę. Idę w ich kierunku i przy okazji rozglądam się po raz setny po sali.  W jej centralnej części stoi duża rzeźba. Jest dwa razy większa niż ja i chyba wykonana z białego marmuru.
       -Dzień dobry. Pewnie Marley powiedział już wszystko dla pana.- przywitałam się ze staruszkiem, a na mojej twarzy pojawił się grymas, który miał przypominać uśmiech.  Mężczyzna spojrzał na mnie i poprosił by brunet poczekał na zewnątrz. Gdy już wyszedł, położył rękę na moim ramieniu. Albo zrobił to z premedytacją, albo bezwiednie ją tu położył. Spojrzałam na nią. Ten sam gest, ten sam ruch wykonała Chole w moim śnie. Staruszek chyba zauważył mój strach.
         -Mów. Co cię tu do mnie sprowadza? Siadaj i opowiadaj.- niedbałym gestem wskazuje ręką na dwa fotele. Mogłabym przysiąc, że dosłownie sekundę temu nic obok nas nie stało. Przełknęłam ciężko ślinę, usiadłam na skórzany mebel i zaczęłam opowiadać o moim koszmarze, jeśli można to tak nazwać. Opowiedziałam mu o poranku, o Chole i o zachowaniu Kate, ale nie wspomniałam nic o moich przemyśleniach na werandzie. Zaraz potem opowiedziałam o dzisiejszym poranku, o spotkaniu z Asudą i o jego dość krępującym dla mnie geście. Przeprosił mnie za to.
          -Czy mógłby mi pan pomóc? Nie wiem w jaki sposób, ale zdobył pan moje zaufanie. Niech pan mnie nie zawiedzie.
      -Zabrałaś sennik, ale tam o tym śnie zapewne nie było mowy. W senniku jest mowa o sprawdzonych i powtarzanych snach. Twoje poprzedniczki zapewne nie znały Kate i Chole…- milknie i opiera się o kolumnę. Gładzi swój podbródek i kontynuuje.- Sądzę, że ten sen ostrzega cię przed kimś kto będzie chciał cie zabić, a osoba, której zaufałaś być może pomorze jej w tym. Ale nic nie jest pewne odpowiedź znajdziesz sama w sobie.
             Wstaje i podchodzi do rzeźby. Opuszkami palca dotka gałki ocznej człowieka z dyskiem. Przednia część figury odjeżdża i ukazuje się mała półka z wieloma fiolkami. Bierze jedną w rękę. W środku znajduje się fioletowa ciecz. Identyczna stoi u mnie na półce. Zagwizdał cztery krótkie nuty. Po chwili do Sali wlatuje ptak, który usiadł na teleskopie. Kolor jego piór przypomina kolor tafli wody z jeziora obok domu Chole.
            Śpiewający ptak śnił mi się w koszmarze, podczas pobytu w lesie. A raczej śnił mi się podczas snu. Zaatakował on Marleya.
          Spoglądam wymownie na pana Odair, a ten kiwa głową. Podchodzę do wręcz boskiego stworzenia. Na jego ogonie znajduje się pierścień. Odwraca  się do mnie tyłem i daje większy dostęp do złotego krążka. Zdejmuję go i podaję dla staruszka.
    
        Ścisnął go w pięść i dmuchną w ją. Otworzył dłoń. Trzymał złoty wysadzany szmaragdami puchar. Cofnęłam się do tyłu. Nie patrzyłam, co jest za mną i walnęłam się nogą w fotel. Mężczyzna delikatnie się uśmiechnął, przez co w moich oczach ukazała się złość. Pomógł mi wstać. Podał do ręki kielich. Powiedział, że to substancja, która sprawi, że zajrzę w głąb swojej duszy. Cokolwiek ten sen znaczył dowiem się tego tylko w samej sobie. Nie byłam do końca przekonana. Pan Odair napierał bym zrobiła choć jeden łyk, jeśli chcę dowiedzieć się, co on mógł znaczyć.– Pomyśl. Nie zaśniesz spokojnie z myślą, że coś ci się stanie.-przekonywał mnie. Zrobiłam pierwszy łyk. Napój był nieziemski w smaku. Orzeźwiający. Nie wiedziałam kiedy, a zrobiłam kolejny. Spojrzałam w dno. Ostatnie, co zdążyłam usłyszeć to ciche: „Do dna panno Light…”
      
         -Ile ona jeszcze będzie spać?- poznaję głos Marleya. Natychmiast otwieram oczy. Nade mną stoi Kate. Lekko się do mnie uśmiecha i pyta ile pamiętam z wczorajszego dnia. Zrywam się na równe nogi. Dopiero teraz spostrzegam, że jestem u siebie w pokoju.
             Szczypię się za nadgarstek. 
            Nie czuję bólu. Na szczęście.
         -Ile, ja spałam? Która jest godzina?- siadam na łóżku i próbuję zmusić mój mózg do pracy. Odair dał mi lek na sen? Na szafce stoi ta sama ciecz Już wiem dlaczego. W ciągu dwóch dni pogubiłam się i teraz również nie jestem w stu procentach nie mam halucynacji. Ten środek po prostu ma ułatwić zasypianie. Pan Odair dał mi go, bo chciał bym sama wysiliła się i sprawdziła co ten sen ma oznaczać. Przed kim mnie ostrzega. A może chciał bym się nie dowiedziała? Może ten sen ostrzega mnie przed nim. A usypiając mnie, miał nadzieję, że zajmę się kolejnym?
             Nikomu, naprawdę nikomu nie mogę już ufać. Mam potężne moce, o których nie mam bladego pojęcia. Przepowiednia mówiła, że nie tylko ja mam niezwykłe zdolności. Don, Rick, Chole i Kate są trenerami. Muszą wiedzieć dużo rzeczy o tym obozie. Z Kate i Chole ni chcę się spotkać. Don jest chyba ostatnią osobą, której mogę zaufać, ale z drugiej strony tylko on mnie nie okłamał i mówił o mnie to, co myśli. To co myśli mówiła też Kate, ale ona raczej nie zalicza się do osób z którymi chciałabym mieć do czynienia Zresztą Don chyba nie ma pojęcia, kim ja jestem.
             Kate, patrzy na mnie jak na upośledzoną umysłowo. Nie dziwię się jej od  dłuższego czasu patrzę się nieobecnie na nią. Zbieram się na odwagę. W końcu to sen, w najgorszym przypadku obudzę się zlana potem. Spoglądam wyżej, na jej oczy.
             Są zielone. Tak jak moje.
             Ich kolor przypomina zieloną łąkę, w wiosenny dzień.
             Nagle jej wyraz twarzy kompletnie znikł. Nic pustka. Patrzy na mnie obojętnym wzrokiem i również wbija wzrok w moje tęczówki. Spoglądam w podłogę, nie jest z mojego domu. Jestem u kogoś innego, nie jestem u siebie. Ponownie spoglądam na Kate.  Nie zwraca na mnie uwagi. Odwróciła się.
         -Ciekawe, o czym ta cała Victoria śniła i czemu robi z tego taką aferę? Każdemu śnią się koszmary. Na jej miejscu skakałabym z radości, że potrafię przewidywać przyszłość, wydarzenia, które się nie zdarzyły. Zazdroszczę jej tak dobrego kontaktu z tobą Marley. Odkąd się pojawiła unikasz mnie. Już nie śmiejesz się z moich żartów. Nie odprowadzasz mnie do domu. Ciągle trzeba do niej latać i jej pilnować jak małego dziecka.- chyb zapomniała o mojej obecności… Podchodzę do niej i delikatnie stukam w ramię, ale ona zachowuje się tak jakbym tego nie robiła.- To ja miałam być potomkinią światła.- kontynuuje swoją pełną nienawiści przemowę.- Też mam zielone oczy. Moim ojcem też jest Światło, tylko, że nie mam dwudziestu jeden wcieleń.- Kate jest moją siostrą?!- Wtedy zjawiła się ona.- kontynuuje swoją pełną nienawiści do mnie przemowę.- Gdybym mogła zabiłabym ją wzrokiem. Dobrze, że przynajmniej pan O, mnie rozumie. Życzę dla niej, by jak najczęściej zasypiała wbrew swojej woli. Niech ogłupieje…- odsuwam się od niej. On to zrobił dla niej? Muszę  odwiedzić Dona. TO moja ostatnia nadzieja.
             Chcę się obudzić jednak coś mnie kusi mnie by posłuchać Marleya Co o mnie myśli?
         -Mam szczerą nadzieję, że Tori nie straci zmysłów. Pamiętaj, że jak ona zginie to zginiesz i ty, tak samo jak ja i cała ludzkość. Ona ma moc nad światłem, ona ma moc nad naszym umysłem. Jest taka, niewinna, łatwowierna i szczera. Zupełne przeciwieństwo ciebie Kate. Chciałbym jeszcze raz zobaczyć twoją minę, gdy dowiedziałaś się, że przepowiednia nie kłamała, że istnieje Victoria Light. Zawsze się rządzisz i wszystkimi pomiatasz. Byłem dla ciebie miły, tylko dlatego że musiałem wszędzie za tobą łazić. Tori lubię naprawdę. Już nie mogę się doczekać jej pierwszych treningów ze mną i tego jak ona…- przerwał mówić. Jakich treningów? I czy Kate jest naprawdę moją siostrą?
            Zaczynam się bać sama siebie.


             Siedzę na fotelu w marmurowej sali. Otwieram oczy. Mam już totalny mętlik w głowie. W ręku trzymam kielich. Siadam. Rozglądam się dookoła. Pusto. Czyżbym spała na tyle długo, że dla szanownego pana dyrektora znudziło się czekanie? Szczypię się w rękę. To tak dla pewności. Czuję ból. Opieram głowę o oparcie. Podnoszę dłonie i zauważam, że w miejscach po moim szczypaniu zostają ślady. Mam oba nadgarstki w strupach. Mogę mówić wiele rzeczy o ojcu, którego nie znam, ale przyznać muszę, że córki to on ma z urojeniami. Na moich ramionach ktoś po raz drugi, jak nie trzeci położył dzisiaj ręce. Dość. Zrywam się z fotela i odruchowo obracam w stronę napastnika. To Marley. Jeszcze nigdy w życiu, nikt mnie tak nie przestraszył. Promienie słońca oświetlają moją twarz. Spoglądam w bok. Jest już wieczór. Pytam Marleya, czy nie zaprowadziłby mnie nad to jezioro i spokojnie ze mną porozmawiał. Jednak zanim wychodzę, podnoszę z podłogi kielich. Ściskam w ręku i dmucham, tak jak to zrobił pan Odair. Ponownie zamienia się w pierścień. Zakładam go na palec i wychodzę. Jeśli ta fioletowa ciecz jest tą samą, którą posiadam w domu, to zapewne przyda mi się jeszcze kiedyś. Wychodzimy z pałacu.


             Jezioro jest jak z mojego koszmaru… Jego tafla przypomina pióra boskiego ptaka. Siadamy na brzegu i moczymy pięty. Marley tak jak przewidziałam opowiada mi o swojej zdolności. A raczej mi ją pokazuje. Zakasa rękaw. Na jego ręku ukazuje się blizna. Po ugryzieniu. To chyba przeze mnie. Mówił mi przecież, że gdy próbował mnie obudzić ugryzłam go.
             Zanurza dłoń w wodzie, a ta wędruje ku górze i jego rana znika. Na śladzie po niej zostaje coś podobnego do tatuażu. Wygląda jak oderwany fragment kartki. Odwraca przedramię i teraz dokładnie widzę obrazek. To litera „V”. Zbudowana ona jest z dwóch napisów: „Wiatr” i „Ogień”.
            V jak Victoria.
             Zanurzam dłoń w kieszeni i wyciągam malutki rulonik. Rozwijam go i przykładam do jego ręki. Pasują. Ciekawe, co to może oznaczać? Układ gwiazd w kształcie litery „V” i wyrazy „Ogień” i „Wiatr”. Muszę koniecznie się tego dowiedzieć.
             Milczymy już dłuższy czas.
         -…budynku pana Odair. Tak wiem, widziałem jak to robisz i zagadywałem go. Wiedziałem, że nie robisz tego bez powodu. Niestety, ale takie tatuaże zostają mi tylko do północy. Albo mnie ugryziesz ponownie przez sen, albo się nie dowiemy co to może oznaczać. Ewentualnie zwiniesz z jego gabinetu sennik.- przerwał mi i zażartował.
             Trochę dziwnie się czuję, z tym, że coś ukradłam. Nigdy w życiu tego wcześniej nie robiłam. Co będzie, jak on się już spostrzegł, że brakuje mu tego skrawka papieru? 
         -Marley. Ugryzłam cię przez sen, prawda? Rozwiązanie może być tylko w senniku. Ja go mam u siebie w domu… Tą książkę pan Odair dał mi dobrowolnie. Tylko nie traćmy czasu. Chodźmy już teraz.
         -Do północy jeszcze dwie godziny….
         -Marley?- zagaduję.
         -Tak?
         -Wiedziałeś o moim spotkaniu z Chole od pana O…- pytam i milknę. Ciężko mi jest oskarżać o grzebanie w moich myślach, najlepszego przyjaciela, ale to konieczne jeśli mam mu ufać. Nie może mnie okłamywać.
         -N… Tak.-odpowiada. Słowa ledwo przechodzą mu przez gardło.- Tak.- mówi pewniej.- Tak Victoria. Pan O. powiedział mi o tym, że mam cię mieć na oku, bo możesz sobie zrobić krzywdę. Powiedział mi o tym śnie. Powiedział mi, że tego dnia będziesz mieć koszmar… Powiedział, że Chole jest twoją opiekunką.- zatkało mnie. Kompletnie zbiło mnie z tropu to co powiedział. On wiedział o wszystkim. On wiedział, o tym śnie. On… on wiedział. Do oczu napływają mi łzy, ale je powstrzymuję. Muszę udawać „twardzielkę”. W końcu wiedziałam, że pan Odair dzieli się moimi snami na prawo i lewo. Nie wiedziałam jednak, że Marley opiekuje się mną, o boi się, że popełnię samobójstwo, albo się samo okaleczę. Sądziłam, że robi to, bo boi się zagrożenia z zewnątrz. Wydawało mi się to dziwne, ale teraz wiem czemu. W końcu moim przeznaczeniem i jedyną pewną rzeczą jest to, że będę żyła sto lat. Cały piekielny wiek, aż do narodzin kolejnej Vick. Jedyną osobą, która może mi zaszkodzić to ja sama. Więc ten koszmar może ostrzega mnie przed sobą? Nie. To już paranoja. Świruję.
         -Nie marudź, tylko wstawaj...- przerywam ciążącą już pare minut ciszę.- Do mojego domu stąd jest jakieś dwadzieścia minut biegu. Co mamy do stracenia? Jeśli jest o tym napisane w senniku to genialnie, a jeśli nie, to co najwyżej dostaniemy kolejną nierozwikłaną zagadkę...- pomagam mu wstać. I zaczynam biec ile tchu w kierunku drewnianego domku. Nie wiem czemu. Może chcę uciec od tamtego miejsca? Nie wiem.
             Delikatny wiatr muska moją twarz. Po krótkiej chwili Marley do mnie dołącza. Gdy jesteśmy pare metrów przed domem, nie daję rady dalej biec. Podchodzę do drzwi i je powoli otwieram.
             Wchodzimy do środka. Marley wbiega do ogrodu. Nawet nie wiedziałam, że go mam. Rozglądam się dookoła, a tym samym próbuję znaleźć mojego przyjaciela. Nie ma po nim najmniejszego śladu. Gdy tracę już nadzieję i wchodzę do domu, on pojawia się krok przede mną. Podskakuję ze strachu. Ten lekko się uśmiecha na ten widok i pogania mnie bym szybciej weszła po schodach. W ręku trzyma moją torbę. Skąd w nim raptem tyle energii? Wyrywam mu z rąk moją własność i wyjmuję z niej książkę, z kieszeni klucz i kartkę. Wszystko ląduje na łóżku, a Marley odsłania swoje przedramię. Otwieram książkę, na pierwszej stronie i czytam na głos historię o wróżce Victorii, która potrafiła czytać ludziom w myślach ze snu. Robiła to podobno z pomocą klucza w kształcie litry „V”.
             Głośno przełknęłam ślinę. Przyszło mi do głowy by zrobić zdjęcie Marleya ręki. Wyjmuję z torby telefon. Jest już za pięć minut do północ. Kreci mi się trochę w głowie. Nic dzisiaj nie jadłam… Żyję snem. Jeśli można to tak nazwać. Marley pyta się czy wszystko w porządku. Tłumaczę mu, powód mojego chwilowego zasłabnięcia. Schodzi na dół, a po chwili wraca i wręcza mi rogalika.
        -Dzisiaj były na kolację. Nie było ciebie na niej, więc zabrałem go dla ciebie i poszedłem do pałacu. Pan Odair z niego wychodził i powiedział, że jesteś jeszcze u niego w obserwatorium.-tłumaczy Marley.-Prosił bym cię nie budził. Szczerze to się przestraszył na mój widok…- milknie gdy cały wypiek ląduje w moich ustach.
             Postanawiamy położyć się spać i rozwiązać zagadkę w dzień. Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić. Boję się zasnąć, bo boję się ponownie przeżywać koszmar i zgubić się w rzeczywistości. Z resztą nie mam pewności, czy jak zasnę to obudzę się, a to wszystko to kolejny sen, albo na odwrót czy jak zasnę to się nie obudzę. A to wszystko to prawda… Bawię się rękami. Nie chcę denerwować Marleya i tak już się dużo przeze mnie wycierpiał.
             Po dzisiejszym dniu mam nieznośne wrażenie, że to nie ja kontroluję sen. Tylko on kontroluje mnie. I w dalszym ciągu nie wiem, co może oznaczać pierwszy koszmar. Po mojej drzemce w marmurowej sali, doszłam do wniosku, że są osoby, które chcą mnie zabić. Nie mogę rozszyfrować tylko tego ostatniego zdania- „Pamiętaj, Victoria możesz być przekleństwem lub wybawieniem…”. To brzmi jak ostrzeżenie. Możesz być przekleństwem lub wybawieniem… No tak! Kate, to według tego snu, moja siostra. Dla nich moja obecność to przeszkoda. Z drugiej strony gdybym umarła, zginęliby też wszyscy ludzie. Problem w tym, że mój ojciec podarował mi tą… „boską cząsteczkę”, przez co żyję wiecznie. Osoba, która chciałaby mi zaszkodzić, musiałaby znać moje słabe punkty, musiałaby mnie torturować w celu bym miała dość życia i powierzyła mu swój sekret, a zarazem doprowadziła do własnej śmierci.
             Są cztery osoby, które mnie dobrze znają.
             Moja mama, boski ojciec, Marley i... pan Odair.
             Ten sen to nie jest ostrzeżenie przed Kate, Chole czy Asudą, to ostrzeżenie przed osobą, która mnie zna wbrew mojej woli, przed osobą, której zagrażam w posiadaniu władzy- przed panem Odair.
         Dość. Od tego myślenia, nabieram co raz więcej podejrzeń, do ludzi, do których miałam zaufanie.

              Chcę zasnąć, ale nie potrafię. Strach mnie sparaliżował. Nie zamknę powiek, a nawet gdy to zrobię to pewnie ich nie otworzę. Strach to silny środek odurzający. Mój głupi koszmar sprawił, że nie odróżniam rzeczywistości i snu. A może mi się tylko wydaje? Może ja po prostu wszystko wyolbrzymiam? Strach przeszywa całe moje ciało, ale mimo tego kładę się do łóżka i zasypiam. Nareszcie koniec tego dziwnego dnia.

środa, 11 marca 2015

Rozdział I cz. 2 - Burza.


           -Victoria, litości pomóż!!!- to jego krzyk. Gdzie on jest? Co mu się dzieje? Powoli wstaję. Nie mam pojęcia jak mogę mu pomóc. Kompletnie nic nie wiem co robić. Jednak wychodzę z cienia drzewa. Słyszę cichsze błagania o pomoc. Boże… nie mam pojęcia skąd, ani jak, ale za mną jest szare jezioro.
         -Tori!!!!- woła przez płacz. Podbiegam do zbiornika wodnego… a raczej do chmary wściekłych szarych ptaków. Macham rękami na prawo i lewo, ale to na nic, one dalej oblegają leżącego już Marleya. Nagle do głowy przychodzi mi szalona i niebezpieczna myśl.
             Kładę się na chłopaka. Zaciskam oczy.
             Czekam, aż zaczną atakować.
             Cisza. Nic nie słyszę, nic nie czuję. Postanawiam otworzyć oczy.
             Ptaki odleciały. Schodzę z bruneta i doszukuję się ran. Ale żadnych nie widzę. Nawet nie ma poszarpanej koszuli. Nic nie rozumiem. Dalej ma z uśmiechem na twarzy zamknięte oczy. Na moich policzkach czuję jak pojawiają się czerwone rumieńce. Szybko wstaję. Chłopak również. Wyciąga z kieszeni nóż i powoli idzie w moim kierunku, a ja się cofam. Noga za nogą.
         -Em… Marley? Wszystko w porządku? Ja… ja chciałam ci tylko pomóc… Marley!!!- Potykam się. Klnę pod nosem i zaciskam ze strachu powieki.  Ściskam rękoma kolana. Niech się dzieje co chce.
             I po raz kolejny kompletna cisza.
             Brak reakcji.
             Otwieram oczy i…

             Leżę w hamaku w jakimś namiocie. Marley wraz z Tony'm stoją razem trochę dalej i o rozmawiają o czymś patrząc na mnie. Kierowca blednie i chyba po raz pierwszy widzę na jego twarzy strach.  Rozmyślam, o czym rozmawiają. Odwrócili się do mnie plecami. Próbuję usiąść, ale czuję okropny i przeszywający ból w nodze. Zamykam oczy i ją ściskam. Muszę zignorować go... Zastanawiam się nad tym głupim dymem i idiotycznym koszmarem. Za każdy razem, gdy go poczułam traciłam świadomość i zmysły. Za pierwszym razem nie spostrzeżenie, za drugim próbowałam się bronić, a o trzecim na razie wolałabym zapomnieć raz na zawsze.

             Tony i Marley pomagają mi usiąść. Podchodzi do nas Kate z miską. Wyciąga jakąś szmatkę i wkłada ją do glinianego naczynia i delikatnie płynnymi ruchami dotyka nią rany. Czuję wielką ulgę. Spoglądam na nogę i widzę jak krew wsiąka w materiał, a rana dosłownie znika. Patrzę na moją wybawicielkę lekko zdziwiona i przerażona jednocześnie.
         -Spokojnie. Zemdlałaś i musieliśmy cię tu przynieść. To co się stało z twoją nogą wolałabym zachować dla siebie. Zaraz pójdziesz razem z nami do pana Odair, on ci wszystko wytłumaczy- na jej nieszczęście, to jest moja noga i mam pełne prawo dowiedzieć się co stało się z nią i ze mną.
         -Powiedz prawdę. Co się z nią stało i co ja tu robię, a tak w ogóle to obiecałam sobie w duchu, że jak spotkam ciebie i Marleya to pierwszą rzeczą, którą zrobię to uduszę was i własnoręcznie ukatrupię.- po raz pierwszy w życiu, mówię coś w przypływie złości. Po raz pierwszy mówię cokolwiek do nie znanej mi osoby.
             Nie otrzymuję na to pytanie żadnej odpowiedzi. Marley próbuje się do mnie uśmiechnąć, ale mu to nie wychodzi. Nie wiem czemu, ale ściskam go za rękę. Jednak cieszę się, że to był tylko głupi sen. Nie wiem co bym sobie zrobiła gdyby te ptaki go zabiły. Proszę by Kate i cała reszta wyszła. Zostaję sama z brunetem. Jest przerażony.
         -Miałam koszmar. Albo dwa. W sumie to nie ważne. Ważne jest to, że w jednym z nich o mało co nie umierasz…- nie potrafię powiedzieć dalszych słów. Zamykam oczy i puszczam jego dłoń.- A potem usiłujesz mnie zabić. Nie wiem co o tym myśleć, dlatego proszę cię- wyjaśnij mi gdzie ja jestem i o co chodzi z tymi całymi wybrankami i potomkami.- chłopak kiwa głową.

             Wychodzimy z namiotu. Noga okropnie mi doskwiera mimo braku rany. Kuleję. Marley podchodzi do mnie i wspiera na ramieniu. Od razu lepiej. Poza namiotem jest wiele różnych osób, młodszych lub starszych niż ja. Wiele z nich nosi podobne ubrania. Stoją po kilka osób w grupkach. Gdy obok nich przechodzę mam wrażenie, że mówią o mnie i wytykają palcami. Nie podoba mi się to. Najbardziej wkurzył mnie chłopak w czarnej skórzanej kurtce z płomieniem na plecach i tatuażem na policzku. Zaśmiał się prosto w moją twarz. Tego zdecydowanie za dużo, mam chęć wygarnąć mu co o nim myślę. Chyba widzi złość w moich oczach i kieruje wzrok na moje buty, dalej z widocznym uśmiechem na twarzy. Również na nie spoglądam i jedyne co jest w nich niezwykłe to ich brak.
         -Emm… nie rozumiem brak butów cię tak śmieszy? Jesteś chamski i tyle. W sumie to nie rozumiem czemu z tobą rozmawiam, jesteś dla mnie nikim. Marnuję tylko swój czas. Ktoś sobie mną manipuluje, a ja na razie nie wiem kto. Pojęcia też nie mam co ja tu w ogóle robię i co mi rozwaliło nogę. Więc daj sobie spokój.  A i och nie bój się nie zobaczysz mnie już więcej. Nie mam zamiaru tu zostać długo. – chłopak przenikliwe spogląda w moje oczy. Jego twarz nagle spoważniała. Czuję dreszcze na plecach ze strachu. Po raz pierwszy w życiu na kogoś nakrzyczałam. W dodatku ten ktoś ma chyba z dwa metry i jest chyba ze sto razy silniejszy niż ja. Nigdy nie miałam tyle odwagi by na kogoś nakrzyczeć. Nie wiem co się dziś ze mną dzieje… Muszę wziąć się w garść i go przeprosić. Otwieram usta, chcę mu coś powiedzieć, ale nie ukazuję skruchy. Wręcz przeciwnie, również próbuję spojrzeć mu w oczy. Nie udaje mi się to i mój wzrok ląduje na dziewczynie za jego plecami. Chłopak uśmiecha się z kamienną miną. Efekt jest przerażający   
         -Nie masz prawa tak się do mnie odzywać nowicjuszko. Odważna jesteś, ale bardzo słaba. Ciągle mdlejesz wiesz o tym? Zgadzam się z tobą, długo nie wytrzymasz, odpadniesz już pierwszego dnia. A teraz lepiej błagaj o wybaczenie kaleko. Jestem trenerem. Jeśli trafisz do nas, musisz wiedzieć, że odpadniesz, jako pierwsza. A i muszę ci powiedzieć, że nie śmieszy mnie brak butów. Nie jestem próżnią. Śmieszy mnie twój sposób chodzenia. Nie traktuj swojej chorej nogi jak by to był skarb. Leżałaś długo i ci po prostu zdrętwiała. Prosta reakcja organizmu księżniczko.- Nie rozumiem, do końca. Jakim trenerem? Nie zamierzam niczego ćwiczyć i tym bardziej do niczego się dostawać.
         -Daj spokój Don. Ona jest nowa, nie wie z kim zadziera. Poza tym idzie do dyrektora i…- nie mam bladego pojęcia, czemu, ale na te słowa jakiejś szatynki, chłopak milknie. Patrzy na mnie jeszcze z większą pogardą i grozą, ale odchodzi. Zaczynam się bać i to poważnie. Marley łapie mnie za rękaw i prowadzi przed siebie. Dochodzimy do jakiegoś domu. Jest ładny, wygląda jakby był cały zrobiony z marmuru. Przy nim reszta budynków wygląda jak… nie znam trafnego porównania. Myślałam, że zobaczę jakiś mały drewniany domek, a co najwyżej jakiś skromny budynek.
             Naciskam klamkę drzwi i… i to wszystko. Drzwi zamknięte. Mam już się zawrócić, gdy nagle drzwi otwierają się z wielkim hukiem. Głośno i z trudem przełykam ślinę.  Powoli wchodzę do środka. Znajduję się w eleganckim mieszkaniu. Wszędzie znajdują się kosztowne ozdoby, a na podłogach leżą kolorowe dywany. Przy ścianach stoją zbroje rycerskie. Wnętrze przypomina zamek. To wszystko mnie przerasta. Odsuwam się do drzwi.  Chcę uciec, ale wiem, że gdy to zrobię nie będę miała już następnej okazji, dowiedzieć się czegoś o sobie. bo jeśli nawet po raz kolejny śnię, to jestem pewna, że gdy się obudzę nie będę już taką samą Victorią... Podchodzi do mnie jakaś kobieta w długiej sukience. Uśmiecha się.
         -Witaj skarbie.  Chodź, czas ci wszystko dokładnie wytłumaczyć, dorosłaś do tego-wreszcie.             Otwieram drzwi. Wchodzę. Śliczna kobieta wychodzi z pomieszczenia, przekręca gałkę, a po chwili słyszę, jak zgrzyta w niej klucz.  Zostałam ja, mama i ten facet, który siedzi na fotelu za biurkiem. Chyba po raz setny jestem dzisiaj zdziwiona. Wyobrażałam sobie jakiegoś eleganta w garniturze, a przede mną stoi starszy i szczupły pan w koszuli, marynarce i z krawatem ze śmieszną aplikacją. Lekko się uśmiecham na ten widok. Podchodzi do mnie i całuje mnie w dłoń.- Dzień dobry. Jestem dyrektorem tego ośrodka. Moje nazwisko to Odair.-trochę dziwne powitanie.
         -Zapytałaś się o co takiego tu chodzi...- zaczyna mówić moja kochana matka. Nie mam bladego pojęcia jak się tutaj znalazła. Mężczyzna odsuwa krzesło po przeciwnej stronie biurka i gestem ręki wskazuje żebym usiadła. Niechętnie spojrzałam na mebel i mamę, która siedzi na takim samym. Nie mam zamiaru siadać obok niej. Odsuwam krzesło na skraj biurka i dopiero wtedy na nim siadam.
        -Spokojnie nie mam zamiaru cię skrzywdzić. Chcę ci wszystko wytłumaczyć.- wreszcie. Mam wielką nadzieję, że w końcu dowiem się czegokolwiek o tej całej dziwnej sytuacji.- Ten obóz założył jeden z trójki Wielkich Bogów.- Kolejny koszmar? Nie to niemożliwe czułam ból przy wstawaniu z hamaka. To nie sen, więc to być może jest jakaś halucynacja..

             Chcę zaprzeczyć, powiedzieć, że to bzdura, ale nie mogę. Nie mogę tego zrobić, bo coś mnie przed tym powstrzymuje. Słyszę jak jakiś głos mi podpowiada i rozkazuje jednocześnie bym słuchała i nic nie mówiła. Nie mam pojęcia czemu, ale się jego słucham. W końcu nie skończył jeszcze mówić.- Umm… może zacznę od historii ich narodzin. Tak, będzie po kolei… Umm… Do rzeczy. Miliardy lat temu przy kształtowaniu się wszechświata, zaszła pewna reakcja chemiczna, która zajść nie powinna. Sprawiła ona, że powstała tak zwana „Boska cząsteczka”.- słyszałam o niej. Konkretnie o boskim pierwiastku. Nie wiem nic na ten temat, ale wiem, że istniał lub istnieje. 
              Czuję, jak każda część mojego ciała, się napina. Po głowie przelatuje mi milion obrazów. Zamykam oczy. Gdy je otwieram jest już lepiej. 
                 Strach.
             Strach. Chyba muszę się z nim zaprzyjaźnić. Coś czuję, że dość często będziemy się spotykać.
                -Potrafiła się rozmnażać-ciągnie dalej.- Miliony lat temu gdy na ziemi pojawili się piersi ludzie, byli stworzeni właśnie z niej. Trójka mężczyzn i jedna kobieta. Błąd, a może właśnie zaleta tej cząsteczki polegała na tym, że nie dawała się do końca zniszczyć. Zawsze odradzała się na nowo. Odkryli oni jednak jak ją dostatecznie „zabić” jednocześnie pozostawiając żywą. Zabrać jej światło. Przeprowadzili ten eksperyment na kobiecie, która zgłupiała. Słuchała się ich, wykonywała każde rozkazy byle ujrzeć światło. Ale to inna historia… Najważniejsze, że ci mężczyźni byli nie zwykle mądrzy i wiedzieli jak sprawić by przy każdym, następnym wcieleniu tej cząsteczki pojawiali się  oni, a nie kto inny. Jeden z nich chciał osiągnąć pełen pokój i współistnienie. Uczył swoje dzieci i braci jak ten stan osiągnąć.- coś czuję, że czekają mnie spore kłopoty.  Och… Ale czemu ja, a nie kto inny? Dziękuję ci mamo. - Ludzie uwielbili to i zaczęli go czcić. Kolejny umiłował sobie rzecz materialną i duchową jednocześnie. Wiedział co komu powiedzieć i w jaki sposób, by jego prośba została spełniona. On również nauczył tej sztuki swoje dzieci i braci. Jego również zaczęto czcić. Ostatni z nich umiłował sobie kobietę. Była to na tyle nie typowa miłość, że to on opanował sztukę władania światłem i robiąc z dziewczyny swój obiekt badań. Tej sztuki nauczył tylko swoją jedyną, ukochaną córkę. Nie chciał by ta wiedza przypadła tylko jemu, poza tym chciał by potrafiła się bronić, przed tą tyranią. Przekonał swoich braci, by ta wiedza przypadła tylko jej. Zgodzili się.  Postanowili ją chronić, w końcu gdyby jej wiedza wpadła w niepowołane ręce zginęliby wszyscy ludzie, a oni popadliby w kompletną paranoję. Ten obóz jest założony ze względu na właśnie jego córkę. Oddał on jej jedną z czterech Boskich cząsteczek, pozbawiając tym samym Kobietę z tego daru. Myślimy, że to ty jesteś córką w tym stuleciu.- wyciąga swój palec i wskazuje na mnie. Ja? Ja mam jakąś tam córką jakiegoś tam boga i potrafię władać światłem? Nie wiem jak mocno oberwałam i jak długo jeszcze będę miała halucynacje, ale mam nadzieję, że szybko miną. Szkoda, że skończę w szpitalu, ale najwyraźniej tak miało być. Mężczyzna spojrzał na mnie współczująco i z lekkim uśmiechem. Mój znajomy powrócił. Czuję jak przykłada mi nóż do gardła i pluje prosto w moją twarz mówiąc: „I co teraz zrobisz? Lepiej szybko uciekaj, szybciej skończysz z tym życiem...”. Strach. Po raz kolejny jestem sparaliżowana przez niego. Staruszek w marynarce nie daje za wygraną i kontynuuje swoją długą i doprowadzającą mnie do szału przemowę.-Miałaś czasami uczucie, że sytuacje w twoich snach są bardzo realistyczne? Ten pobyt w lesie wydawał się ci na tyle prawdziwy, że w niego uwierzyłaś?- zamurowało mnie. Ma racje, mam bardzo realne sny, a raczej koszmary. To fakt. Jednak nie to mnie zdziwiło. Skąd wie, że byłam w tym przeklętym lesie sama? A raczej skąd wie, że uwierzyłam w niego? Z resztą, teraz też w niego wierzę… W końcu jak się tu znalazłam, nie przytomna? Musieli mnie znaleźć na tym drzewie, gdy spałam i przynieść tutaj.  

             Chyba, że ja wcale nie byłam w żadnym lesie… Jeśli to prawda to gdzie ja jestem teraz? Mężczyzna czeka na odpowiedź.
         -T..tak i to bardzo często.- odpowiadam z widocznym przerażeniem. Coś czuję, że ten dym to mógł być środek odurzający.
         -To nie było uczucie, to była, jest i będzie prawda. Masz niezwykłe zdolności, o których tylko ty sama masz pojęcie. Na świecie jest tylko czwórka ludzi, którzy w pełni korzystają ze swojego mózgu dzięki Boskiej Cząsteczce- ty, twój ojciec i jego bracia. Swoje moce możesz wykorzystać w dobrym celu, albo złym, cokolwiek wybierzesz my będziemy ci służyć do końca. Jest pewne proroctwo w którym jest o tym mowa.- w tym momencie mężczyzna podchodzi do półki z książkami i przejeżdża palcami po tytułach. Dotyka jednej z nich i powoli wyciąga. Wraca z powrotem i kładzie ją na biurku. Otwiera. W środku jest pełno kurzu, zdmuchuje go i zaczyna powoli czytać tekst:
         -W 1999 z kolei równonoc wiosenną na świat przyjdzie niezwykłe dziecko. Imię jego będzie oznaczać zwycięstwo. Będzie to dziewczynka z pełnymi nadziei oczami. Będzie ona potomkinią Światła i to od niej będą zależeć dalsze jego losy. Będzie ona kolejnym wcieleniem mojej córki. Z jej woli światło i moce z nim związane mogą zgasnąć, lub płonąć kolejne setki lat. Posiadać będzie moc wszystkich czterech żywiołów- wody, ognia, ziemi i wiatru, ale wybierze ona tylko jeden, który będzie jej strażnikiem.  W szesnastą jesień jej życia ujrzy ona swojego ojca. Dziecko te prześpi całą swoją podróż, bo jak głosi przepowiednia „niedane jest ujrzeć dla potomka śmiertelniczki drogi do boskiego namiotu”. Jej sen będzie niespokojny, tak samo jak Kobiety, ale ona nad nim zapanuje i zacznie go wykorzystywać. Przejmie moją moc. I jako kolejna trafi do obozu Nieustraszonych. Odnajdzie w nim swoje prawdziwe przeznaczenie i pozostanie by panować, nad resztą świata. Reszta potomków służyć jej będzie wiecznie, aż na jej tron wstąpi kolejne boskie dziecię- kolejne jej wcielenie.- zamknął książkę i patrzy na moją przerażoną twarz. Już kompletnie nic nie rozumiem. Nie dam się nabrać, na swoje chore halucynacje, czy na cokolwiek to jest. Muszę stąd uciec i się przebudzić W nocy. Nie obchodzi mnie to, czy trafię do domu. Gdziekolwiek, ale jak najdalej od tego pola namiotowego.
          -To chyba nie o mnie mowa. Przykro mi. Wiele jest szesnastolatek na tym świecie. To na pewno nie jest „przepowiednia” o mnie. Nie posiadam żadnych nie zwykłych umiejętności. Pewnie mnie z kimś pomyliliście.  Jedyne w czym jestem dobra to w ufaniu różnym ludziom. Ale to raczej wada. Myślę, że narobię tu tylko zamieszania i kłopotu. Może lepiej będzie jak wrócę tam skąd przyszłam…- mówię. Ale nie dane jest mi skończyć, bo jak sądzę dyrektor tego chorego obozu mi przerywa.
        -Racja, dużo, ale w przepowiedni jest mowa o dziecku, którego imię oznacza zwycięstwo, a oczy są pełne nadziei. Mówi ona o dziewczynie z imieniem Victoria Light z zielonymi oczami i urodzonej 21 marca 1999 roku, wczoraj ujrzałaś swojego prawdziwego ojca. To nie przypadek losu, że twoje nazwisko oznacza światło. Twoje sny to jedna z twoich nad przyrodzonych umiejętności. Gdy szłaś do namiotu, często czułaś dym. Tylko ty. Nikt, nigdy nie spotkał się z czymś takim. Przespałaś całą drogę.- nie chcę w to wierzyć. Niestety nie mam pojęcia, dlaczego tak się zaciekle przekonuję. W końcu to są moje urojenia, a ja kompletnie zwariowałam. W końcu taki pałac z marmuru w otoczeniu namiotów ze skór i drewnianych domków to absurd. Po mojej głowie chodzi setki pytań, którymi mogłabym złamać tego faceta. Pytań bez odpowiedzi. Złamię go i będzie musiał przyznać mi rację. Może wtedy się przebudzę?
         -Zgoda. Zaużmy, że to jestem ja. Jak to sprawdzić? Ta dziewczyna, z którą tutaj przyszłam Kate Lisnow twierdzi, że to nie jest pewne. W końcu skoro to ja jestem potomkinią, to, kim jest reszta ludzi na zewnątrz? I skąd macie pewność, że ten biedny niczemu nie winny staruszek, jest moim ojcem?- na mojej twarzy wbrew mnie pojawia się nikczemny uśmiech. Oni naprawdę, sądzą, że jak dowiem się, że jestem jakąś tam córką jakiegoś tam faceta, który przechodzi proces reinkarnacji to od razu z nimi zostanę? Nie zadam, żadnych pytań? Zaufam bezgranicznie? Nic o nich nie wiem. Nie wiem, jakie mają zamiary. Nie jestem idiotką, nie wierze im.
              Jeśli to moje wyobrażenia, to trochę pomęczę się z samą sobą.  Nawet jak mnie do tego przekonają, to łatwo się nie poddam. Muszę dziś pójść spać. Gdy zasnę i będę miała sen, to oznacza, że… wolę o tym nie myśleć.
         -Jak to sprawdzić? Na środkowym palcu u  prawej ręki masz pierścionek. Nie nosisz go na codziennie. Założyłaś go dzisiaj. Nie miałaś dostatecznego powodu. Nałożyłaś go wbrew własnej woli, a raczej z własnej zachcianki. Dostałaś go od ojca. To pamiątka, o której krążą legendy. Mówią one o błękitnym diamentem, a konkretnie o jego środku. Jedna z nich opowiada, że w pewną pełnie dnia równonocy jesiennej jego środek w towarzystwie z białym złotem będzie odbijać blask nieba, bez jego towarzystwa. Wysuń rękę na której masz pierścionek.- wyjmuję dłoń z kieszeni bluzy i kładę na biurku.- Tutaj jest okno, nie sprawdzi się, ale jeśli zechcesz sprawdzić czy to prawda, możesz zdjąć bluzę, przykryć nią pierścionek i zajrzeć pod nią. Tylko ostrożnie, by nie wpadł tam promień światła księżyca.-muszę przyznać, że mnie zaciekawił. Nie ma pojęcia, co chce mi tym udowodnić. Mógł zobaczyć ten pierścień gdy wchodziłam do tego gabinetu. Zdejmuję bluzę i tak jak mówił przykrywam nią pierścień i delikatnie uchylam.

             Muszę przyznać, że ma rację. Po raz kolejny. Wlepiam wzrok w diamentowe oczko. Bije od niego blaskiem światła i zmienił kolor na ciemny granat z licznymi białymi kropkami, które zapewnie mają przypominać gwiazdy.
              Ma mnie. Ale ja tak łatwo nie odpuszczę. To, że ta historia się zgadza, nie oznacza to, że to wszystko to nie są moje urojenia. Musi się lepiej postarać.
             -To nie od pierścienia bije blask, ale od ciebie. Od twoich tego rocznych urodzin twoje moce się pokazały. Jesteś córką „Światła” i posiadasz jego siły. Zauważyłaś, że zawsze gdy jest ciemno ty widzisz dokładnie zarysy każdego przedmiotu? Że gdy budzisz się w środku nocy to zawsze skąd chcesz bije mocne światło?- niestety, ale to prawda. Kolejny fakt, o którym on wie i który sprowadza się do mojej nowej osobowości. Nawet w dzisiejszym dniu gdy obudziłam się podczas koszmaru, po mojej lewej była wąska smużka światła, która idealnie oświetlała mój zegarek. Tam nie ma okna… w moim pokoju jest tylko jedne okno, na schody przeciw pożarowe. Z tamtej strony nie ma latarni, ani jakiegokolwiek źródła światła…
            Pod tą bluzą również biło światło…
         -Niestety, ale tak. Zauważyłam to. Ale to mnie jeszcze wcale nie przekonuje. Musi się pan lepiej postarać.
         -Dobrze. W takim razie mogę dokładnie zrelacjonować i opowiedzieć twój sen. Jeśli to za mało mogę pokazać ci go zapisanego w książce, którą trzymam pod kluczem…
        -Wolałabym moje sny i koszmary zachować dla siebie. To taka moja prywatna część życia, którą nie muszę się dzielić.- przerywam.
         -Nie mogę ci udowodnić i wskazać kolejnego faktu, który by wskazywał, na twoje boskie pochodzenie, bez tego jednego koszmaru.- mówi spokojnie i opanowanie. Nie chcę tego snu opowiadać w obecności mojej matki. Nawet teraz, gdy zrujnowała całe moje życie, nie chciałabym jej zasmucać. Dalej jest moją mamą. Proszę ją by wyszła i zostawiła nas samych.
         -Rozumiem, że to coś prywatnego, ale ten sen nie znam tylko ja i ty. Zna go również Marley. Nie bądź na niego zła. Nie chciał jego usłyszeć, ale bez tego, nie mógłby cię tu przyprowadzić. Musiał wiedzieć co i jak zrobić, by doprowadzić cię tutaj.- po dzisiejszym dniu nic mnie nie zaskoczy. To, że teraz powiedział mi, że zna moje sny to dla mnie wstrząs. Zna moje sekrety. Jednak to jest nic. Nie to powoduje moją nienawiść do niego. Powoduje to fakt, że, dzieli się nimi z innymi osobami, bez mojej zgody. To jest rzecz, której nie mogę mu wybaczyć. To co teraz powiedział to być może największy błąd w jego życiu. Jeśli to wszystko dzieje się naprawdę, jeśli przepowiednia to prawda, to może być pewien, że jego spotka straszliwa zagłada.
            Takich rzeczy się nie robi.
            Nawet jeśli są dla naszego dobra.
         -Nie masz żadnego prawa, dzielić się moimi prywatnymi sekretami z innymi. To są MOJE sny, MOJE koszmary. Nie wiem, czy sobie zdajesz z tego sprawę, ale jeśli jeszcze ktoś dowie się o tym śnie, to zginiesz marnie. – mówię to przez zaciśnięte zęby z ku mojemu zaskoczeniu w wielkim spokoju. Patrząc na twarz pana Odair, mogę wywnioskować, że to co teraz powiedziałam, wcale do niego nie dociera. Nawet jeśli tak jest, to radziłabym mu udać choć odrobinę skruchy. Nie rozumiem  jak można być takim…- Idiota.  Naprawdę jest pan idiotą. Jeśli te całe przedstawienie jest prawdą i jeśli to całe proroctwo również jest prawdą, to może pan się spodziewać w niedalekiej przyszłości, że pewnego dnia obudzi się pan błagając o wybaczenie wisząc nad przepaścią. To nie groźba to obietnica.-wytrącił mnie z równowagi. Nigdy w swoim życiu nie byłam taka wściekła, nieopanowana  gotowa się z kimś pobić. Nie poznaję sama siebie. To nie mogłam być ja… to nie mogłam być ja… nie ja.
         -Niech się pani uspokoi.- szanowny pan Odair próbuje uratować sytuację. W moich oczach to nie możliwe.-Jeśli zechcesz mogę ten sennik oddać w twoje ręce. Nic nie jest w nim na tyle cennego, jak ten sen. Zaświadczam, że z osób trzecich wie o nim tylko Marley.
         -I pan.- przerywam mu, w dalszym ciągu ze stoickim spokojem cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.
         -I ja.-odpowiada.- Jeśli  chcesz możemy o nim nie rozmawiać, ale…
         -Chcę dostać tą księgę i samej odczytać jego znaczenie. Nie ufam już panu.- kolejny raz wtrącam się mu w połowie zdania. Mężczyzna spojrzał na mnie spod przymrużonych oczu i powoli nie odwracając wzroku ode mnie, wolnym krokiem po raz kolejny kieruje się w stronę półki z książkami. Przejeżdża palcem po pierwszej książce i zamaszystym ruchem ją wyciąga. Mebel się przesuwa i za nim ukazuje się szklana gablota.
             Otwiera ją i wyjmuje książkę. Jest oprawiona w zieloną okładkę ze złotą literą „V”. Wraca, kładzie ją na biurko. W środku kartki są pożółkłe i poszarpane na końcach. Mimo tego książka jest w dobrym stanie. Musiał do niej często zaglądać. Niedobrze. Przewraca delikatnie pare kartek i podsuwa książkę do mnie. Zaczynam czytać: „W tym  proroczym koszmarze ujrzałam swój koniec dwudziestego pierwszego wcielenia. Chcę zaznaczyć, że współczuję dla mojego dwudziestego pierwszego wcielenia i rozumiem, dlaczego wybrała ten rodzaj śmierci.”-zatkało mnie. Moja śmierć? Ten koszmar to moja śmierć? Ten sen zawyrokował koniec mojego istnienia? Po raz drugi w tym gabinecie poczułam kosmate dłonie na moim ramieniu. Strach. Kiedy tak skończę? Mam zginąć…- „Był rok 2016. Odległe czasy. Na drzewie usiadł szary ptak. Nie było w nim nic wyjątkowego, a jednak był piękny; jego szare upierzenie może symbolizować szarą i smutną rzeczywistość, bądź też upragnioną i wywalczoną wolność. Wyśpiewał smutną melodię, jednakże jej znane dla wszystkich słowa budziły pogodę ducha. Wszyscy przystali przy nim i wygwizdali razem z nim jej koniec; wszyscy walczyli do końca, bądź wszyscy byli ze mną na końcu. Gdy skończyli ruszyli ospale w kierunku wieży kościoła. Nikt się nie radował z tego stanu rzeczy. Nie mogłam stwierdzić dlaczego. W momencie ich dojścia ujrzałam powód.”-… z własnej ręki?
             W tym miejscu tekst zrobił się niewyraźny, tak samo jak w koszmarze. Nie ujrzałam powodu smutnego kroku ludzi. Jednak wśród nich dokładnie widziałam Marleya. Na jego twarzy jako u jedynej osoby był uśmiech. Szeroki. To przez niego się obudziłam, oblana zimnym potem.
             Zamykam książkę i ściskam ją w dłoni. Coś czuję, że to kolejna rzecz, z którą będę musiała się zaprzyjaźnić wbrew woli.
         -Poddaję się. Wygrał pan. Z przykrością stwierdzam, że wygrał. Mam jeszcze jedno pytanie. Ostatnie i daję dla pana spokój. Czy te sny się…- ledwo przechodzi mi przez gardło wyraz:- sprawdzają?- nie oczekuję, że zaprzeczy.  
             Kiwną głową.
             Oczekiwałam czegoś więcej. Słów otuchy, potwierdzenia, lub głupiego „Tak”, ale on tylko kiwną głową. Już nie byłam wystraszona. Byłam przerażona. Adrenalina wypełniła moje ciało. Prowokowała do ucieczki, jednak ja siedziałam twardo w fotelu i ściskałam dłonią książkę. Byłam sparaliżowana ze strachu. Dusiłam się własnymi myślami. Przed oczami pojawiły się mroczki. Nie mogę teraz zemdleć. Muszę być silna. Mrugam i próbuję odgonić łzy. Zaciekle, jakby były potworami, które chcą się wydostać z klatki i zacząć siać spustoszenie.
           

         -To są wybrańcy. Twój ojciec chciał ci zapewnić spokój i bezpieczeństwo. Naznaczył on swoich braci by strzeli cię przed niebezpieczeństwem. Podarował ich dzieciom wskazówki, jak opanować żywioły by im służyły. Też mają nadprzyrodzone siły, z wiązane z tymi żywiołami.- odpowiada na moje kolejne pytanie pan Odair. Zaczyna się robić dziwnie i ciekawie zarazem. Chyba zwariowałam.  
         -Chwila, to w takim razie Marley jest również moim bratem? Jest synem Światła? A może jest moim bratem ciotecznym? Czyli, że ja też jestem córką Światła? Jak?
         -Światło to tylko jedne z wielu imion twojego ojca. najprawdopodobniej przybrał w tym stuleciu postać mężczyzny ze snów twojej matki. I spokojnie, nie. Marley jest bliskim synem Rozumu. Przykro mi, ale muszę już iść. Chciałbym kontynuować tą rozmowę, ale mam wiele obowiązków. Według mnie dowiedziałaś się już najważniejszych rzeczy. W razie kolejnych pytań kieruj się do mnie. Mam nadzieję, że odzyskałaś zaufanie.- ponownie podszedł do mnie i ucałował w dłoń. Najprawdopodobniej moja matka doznała jakiegoś boskiego objawienia, Marley to mój kuzyn, a ja potrafię panować nad światłem i ludźmi. Genialnie.
             Wstaję i wychodzę z pomieszczenia, a następnie z budynku. Na zewnątrz czeka na mnie Kate, Marley oraz jakaś kobieta. Witam się z nią. Jest już ciemno i jedyne, czego pragnę to snu. Proszę ich, by wskazali miejsce gdzie mogę się położyć spać. Prowadzą mnie ścieżką, która biegnie na zachód. Wędrujemy w ciszy. Trochę mnie to dziwi, bo miałam nadzieję, że dowiem się czegoś o tej kobiecie, która do nas dołączyła pod pałacem. W sumie, to lepiej i tak mam już mętlik w głowie.
             Spacerując rozmyślam nad dzisiejszym dniem. Myślę, że być może chcą wykorzystać. Zaraz po moim ujawnieniu, zabrali mnie do tego obozu i dopiero na miejscu wytłumaczyli, dlaczego to zrobili. Muszę uważać i starannie dobierać osoby w moim otoczeniu. Muszą się mnie bać. Powinnam dokładnie zbadać ten teren i to jak najszybciej, ale nie dziś.  I mam nadzieję nie jutro.

             Ten las mimo wszystko jest piękny. Na niebie migocze setki, albo i tysiące gwiazd.  to duże miasto i w nocy nie widać nawet jednej. Już zapomniałam, jaki to niezwykły widok. Ścieżka jest wyłożona kamieniami. Przez cały czas dręczy mnie wiele pytań. Najdłużej zastanawiam się nad tym, kim, tak naprawdę jest mój ojciec i czy moja mama wie to. W końcu, pomagała mi tu przyjść. Patrzę się na moje nogi. Zupełnie zapomniałam, że nie mam butów. Idę już bez pomocy kul, zapomniałam ich wziąć z budynku i tak naprawdę nie wiem, kim jest rzekomy pan Odair. Kolejna osoba, która zataja przede mną swoją osobowość. Mam wrażenie, że droga prowadzi do nikąd. Dalej wpatruję się w moje stopy. Z jednej delikatnie leci krew. Zaczynam się lekko śmiać. Czuję ból. To nie sen… To nie jest sen. Czyli ta cała sytuacja to rzeczywistość, albo halucynacja. To, że uwierzyłam dla pana Odair, nie znaczy, że uwierzyłam samej sobie.
             Czerwona ciecz brudzi kamienie, po których stąpam. Podnoszę głowę. Przede mną ukazał się drewniany domek. Nie jest taki jak te, które mijałam. Jest w lepszym stanie.
             Marley wyciąga z kieszeni srebrny kluczyk. Jest w kształcie litery słońca, a w środku znajduje się mała litera „V”.
        -V jak Victoria…- mówię prawie bezdźwięcznie, sama do siebie. Odwracam się w stronę blondynki. Od dłuższego czasu czułam jej spojrzenie na sobie. Chcę jej coś powiedzieć, ale ona gdy otworzyłam już usta, wbiła wzrok w moje oczy i delikatnie kiwnęła głową. Nie wiem, co to ma znaczyć. Spoglądam na mojego przyjaciela i Kate. Nic, żadnej reakcji.
             Wchodzę do pomieszczenia i przed sobą widzę słabo oświetlone świecami pomieszczenie. Na jednej ze ścian wisi złota tarcza z wykutym słońcem, a na kolejnej żelazny miecz z piękną rękojeścią. Na podłodze leży skóra, chyba niedźwiedzia. Rozglądam się po pomieszczeniu i powoli idę na wyższe piętro po schodach. Nie ma tu ścian i dachu, choć z zewnątrz były. Widzę, przez nie to co dzieje się na zewnątrz. Dziwne. Łóżko stoi obok ręcznie robionej szafki, na której stoi wiele różnych fiolek z dziwnymi płynami. Na środkowej półce stoi wiele książek o skórzanych okładkach. Klimat jest niezwykły. Muszę przyznać, że wnętrze podoba mi się. Marley, podchodzi do mnie i wręcza mi kluczyk.
         -Dobranoc Tori.– mówi i odchodzi, lecz ja przytrzymuję go za rękaw i szeptem proszę, by został tu ze mną na chwilę. Kiwa głową i schodzi na dół. Kate i ta dziwna kobieta zostają ze mną. Bez mojej zgody siadają na fotelach. Czekam, aż któraś z nich coś powie, ale najwyraźniej wcale nie zamierzają.
        -Em… Mogę w czymś pomóc?- próbuję nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt.
         -Nie. Jestem twoją nową opiekunką. Mam na imię Chole Montez. Jutro zajdź do mnie, równo o dziewiątej. Pójdziemy na śniadanie i oprowadzę cię po obozie Nieustraszonych. W razie pytań przychodź tylko i wyłącznie do mnie.- kończy swoją przemowę oschłym głosem Chole. Przeszły mnie ciarki, czy każdy jest tu taki nie miły? Przynajmniej wiem jak się nazywa. Wstaje podchodzi do mnie i chwyta mnie za rękę, do której wpycha mały scyzoryk. Schodzi na dół, a po chwili widzę jak wychodzi na zewnątrz.
             Na fotelu wciąż siedzi Kate. Patrzy się na mnie złowrogo. Dwie godziny temu mogłabym przysiąc, że próbowała nawiązać ze mną przyjaźń.
         -Nie myśl sobie, że będziesz miała tu łatwo. Zjawiłaś się znikąd, wciągu jednego dnia. Nikt nigdy nie idzie do pana Marleya, na dzień dobry. Rose każdego zabiera na najwyższe piętro i osobiście przeprowadza rozmowę. Wyjątki zdarzają się gdy nowicjusz ma zostać trenerem lub gdy jest się potomkinią. Zanim się pojawiłaś tylko cztery osoby były w gabinecie pana Odair. Ja, Chole i jeszcze dwóch chłopaków.
         -Spokojnie. Według pana Odair…- chcę się wytłumaczyć i powiedzieć, że nie jestem trenerem i nawet nie wiem co taki trener ma robić, ale nie mogę, bo Kate mi przerywa.
        -Nie pogrążaj się. Według pana Odair, któreś z nas wyleci, bo co cztery lata pojawia się osoba silniejsza niż my, która zastępuje jedną z nas. Ja i chłopacy jesteśmy tu cztery lata, a Chole trzy. Osoba, która zostaje zastąpiona, zostaje zdegradowana do służby. Ty masz wykurzyć mnie, Dona lub Ricka.- chcę zaprzeczyć, ale Kate wstaje i niebezpiecznie szybko podążą w moim kierunku.- Słuchaj! Jeśli twój żywioł to woda, to radzę ci uciekać, bo ja tak łatwo nie dam się wykurzyć.- Wołam Marleya. Ten przybiega natychmiastowo. Wyprowadza wrzeszczącą Kate na zewnątrz. Słyszę przez „ściany” jak próbuje jej wytłumaczyć, że jestem potomkinią i że właśnie mnie skrzyczała. Na te słowa dziewczyna oblewa się delikatnym rumieńcem i ucieka. Marley wraca do środka i przychodzi do mnie.
         -Dziękuję, że zostałeś.- zaczynam rozmowę.
         -To mój obowiązek. Mam cię chronić Victorio Light.- zaczął mówić. Wziął moją dłoń i chciał ją ucałować, ale ja ją wyrwałam. Nie mam ochoty by bliskie mi osoby kłaniały się i całowały moją dłoń. Poza tym nigdy jeszcze nie słyszałam by odzywał się tak wyniośle do kogokolwiek.
             Dopiero teraz zrozumiałam, że nie był moim prawdziwym przyjacielem. Pan Odair powiedział, że istnieją jeszcze wybrańcy, a on jest jednym z nich. Ma za zadnie mnie chronić, ale nie się ze mną przyjaźnić. Przykrywka „przyjaciel” była idealna by być blisko mnie i chronić.
         -Marley, czemu zachowujesz się tak dziwnie… wiem, że jesteś wybrańcem, ale…- zamilkłam.
         -Jesteś potomkiem Światła, muszę okazywać ci szacunek.- potwierdził moje przypuszczenia, ale nie rozumiem, czemu wszyscy, na wieść o tym, że mam za ojca jakiegoś tam boga, robią się tacy nienaturalni? A może Marley jest taki naprawdę, a jego poprzednie zachowanie było wymuszonym na potrzeby kamuflażu?
         -Marley, proszę powiedz mi prawdę. Znam ciebie bardzo długo, ale w tej chwili mam wrażenie, że to ty znasz mnie, a ja o tobie i samej sobie nic nie wiem. Ta, cała sytuacja mnie przerasta. Jednego dnia, a raczej w ciągu jednego wieczoru, moje życie wywróciło się do góry nogami. Już naprawdę nie wiem, z kim mam do czynienia. Czy twoje poprzednie zachowanie było sztuczne? Czy ty..-słowa z trudem przeciskają się przez gardło.- …udawałeś tamtego Marleya?- w moich oczach pojawiły się łzy. On znał moje tajemnice, on znał moje upodobania, on wiedział ile dla mnie znaczy.
             W szkole w Nowym Jorku na Manhatanie nie miałam żadnych znajomych. Tylko on się do mnie odzywał i przyjaźnił. Zawsze ceniłam to, co dla mnie robił i starałam się mu odwdzięczać. Teraz nie wiem czy potrzebnie.
             Kiedyś miałam prawdziwą przyjaciółkę. Znaliśmy się od małego. Nie przeszkadzało jej to, że jestem nieśmiała, cicha i zawsze działam według zasad. Niestety Caroline umarła w wypadku samochodowym. Rok po tej tragedii, poszłam do gimnazjum, a tam poznałam Marleya…
             Boję się jego odpowiedzi. Powstrzymuję mój płacz, czy naprawdę przyjaźniłam się z osobą, której nie ma? Czy to ja wykreowałam tam tego Marleya?
         -Nie Vitorio, nie mam i nie miałem najmniejszego zamiaru stawać się kimś innym. Już znasz całą prawdę.- uniósł głowę do góry i wyprostował się. Skoro nie zamierza udawać nikogo innego to, czemu dalej tak się nienaturalnie zachowuje? Żałuję, że dzisiaj w ogóle wstałam z łóżka. Łzy same wypłynęły z moich oczu.- Nie martw się, jutro będzie lepiej. Och, nie płacz Tori.- próbuje mnie pocieszyć. Podaje chusteczkę. Już nie zważa na to, że mógłby mnie obrazić i naruszyć godność mówiąc na mnie Tori. Ostatni raz słyszałam to słowo wczoraj, wszyscy na mnie mówią Victoria, a ja szczerze nienawidzę tego nie nienawidzę.- Wiem, mnie też bolało, gdy się dowiedziałem, o tym wszystkim. Nie chciałem się pogodzić z nową prawdą. Ale pamiętaj, twój ojciec nad tobą czuwa. Chodź pokażę ci pewne miejsce. Tylko przestać płakać.- wycieram łzy i zmuszam się na delikatny nieśmiały uśmiech.
         -Zawsze jesteś przy mnie. Dziękuję. Niestety, ale nie mogę z tobą pójść… - spojrzałam na moje nogi. Chłopak lekko przeraził się ich stanem.
             Mam poobdzierane pięty i skaleczony palec, z którego na szczęście przestała lać się krew. Wstał i otworzył szafę. Podszedł do mnie i zaprezentował skórzane buty. Kate i Chole mają podobne. Powiedział żebym ich teraz nie nakładała i schodzi po schodach na dół. Przyniósł miskę i kawałek materiału. Każe mi usiąść, a teraz ostrożnie czyści mi rany. To ta sama ciecz, którą Kely obmywała moją nogę. Dziwnie się czuję, gdy robi to mój przyjaciel. Biorę od niego szmatkę i sama kończę wykonywać ten zabieg.

             Jestem już wyczerpana. Zapewne jest już północ. Siadam na łóżko i nawet nie wiem, kiedy odchodzę w objęcia Morfeusza.

_____________________________________________________________
No hej kociaki! [Rozdział nie sprawdzony pod kątem ortograficznym] Przepraszam za jednodniowe opóźnienie, ale jak obiecałam, rozdział jest. Ze smutkiem muszę przyznać, że wyświetlenia spadają_
_
 _    
Chciałabym więc zrobić taką tradycyjną notkę - CZYTASZ DAJ KOMENTARZ!
Przy okazji na wattap piszę opowiadanko, które już dawno chodziło mi po głowie 
Link: http://www.wattpad.com/108706655-nie-zapomnij-nadzieja

Pozdrowionka !