czwartek, 26 lutego 2015

Rozdział I- Każdy początek jest końcem, a koniec początkiem... cz.I

          Jedziemy już chyba pół godziny. Wszędzie jest szaro, ciemno i deszczowo. Przy każdej nierówności, na drodze samochód podskakuje, a ja mam wrażenie, że zwrócę swoje śniadanie. W środku żółtej nowojorskiej taksówki jest imitująca skórę jasna tapicerka. Fotel przy każdym moim ruchu niemrawo skrzypi i trzeszczy. Z trudem wydusiłam od mamy, że ta osoba, z którą się spotkałam ma ścisły związek ze mną. Jadę z jakimś nieznajomym facetem za kierownicą, moim przyjacielem i matką do nowego domu,  a to wszystko przez MOJE spotkanie z jednym człowiekiem...
             Opieram się o oparcie i odwracam głowę w stronę szyby. Zamykam oczy. Myślę.  Próbuję przypomnieć sobie ostatnie godziny. Jeśli można nazwać spotkaniem kulturalne przywitanie się ze starszym mężczyzną i zapytanie, czy przypadkiem nie wie, o której godzinie odjeżdża autobus.
               Jaki związek z nagłą przeprowadzką ma jakiś przypadkowy staruszek? To nie może być przez niego. To kłamstwo.
               Gdy razem z Marleyem wróciłam, do domu moja matka czekała na mnie spakowana. Stała na korytarzu. Trzymała dwie torby w rękach. Kiedy się obróciłam by spojrzeć na chłopaka, sprawa była już przesądzona. Chciałam się zapytać co to ma znaczyć, jednak zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zostałam wypchnięta za drzwi. Chwyciłam się za barierkę od schodów i zaczęłam wręcz wrzeszczeć o jakieś słowa wytłumaczenia. Po policzkach mamy spłynęły łzy. Szukałam pomocy u Marleya... Pod wieżowcem stała już zaparkowana taksówka.
                 Zatrzymaliśmy się.
                 -Jesteśmy na miejscu-. usłyszałam cichy głos. Nie chętnie otwieram oczy. Wolę by ta podróż ciągnęła się w nieskończoność. Nie chcę zmieniać adresu zamieszkania. Fakt, że mieszkanie na przedostatnim piętrze wieżowca w biednej dzielnicy Nowego Jorku nie jest zbyt przytulne, a raczej było zbyt przytulne. Polubiłam je. Teraz gdy moje ręce trzęsą się ze strachu, ale polubiłam. Pokochałam zniszczone meble, odstającą tapetę...
                 Stoimy na polnej dróżce. Kierowca oznajmia nam, że przed nami pare kilometrów drogi piechotą. Od niechcenia otwieram oczy, wyrywając się ze swoich przemyśleń, Marley rozmawia z przysadzistym facetem przy samochodzie. Lekko szturcham w ramię siedzącą obok mnie mamę i otwieram drzwi. Uśmiecha się do mnie. Jest niewidoma, więc nie muszę oszukiwać jej i siebie, że wszystko jest w porządku i wysilać się na koślawy uśmiech. To chyba jedyny pozytyw tej choroby. Pomagam jej wysiąść. Wyjmuję ze swojej torebki mały biały kijek i go rozkładam. Chcę jej go podać, ale ona nie chce go wziąć.
                  -Kochanie, wiem że nie masz pojęcia co się dzieje.- zdejmuje swoje okulary przeciw słoneczne. Nigdy jej nie widziałam bez nich. Zawsze utrzymywała, że jej oczy są brzydkie, zezowate i opuchnięte. Mówiła, że się ich przestraszę. Że są tak jakby puste, nieobecne.
                   Mimo tego, że mam szesnaście lat, nigdy nie próbowałam jej jakoś przekonać, a ona utrzymywała tą wersję do teraz...
                    Jej twarz zdobią piękne szmaragdowe oczy. Nie opuchnięte. Wyglądają jakby całe swoje życie spędzała nad ich pielęgnowaniem i dbaniem, by nic im się nie stało.
                   -Może to nieodpowiedni moment, ale moim zadaniem, jest przekazanie ci o tym prawdy.-kontynuuje.- Nie jestem ślepa. To tylko przykrywka.- nie wiem dlaczego, ale po tych słowach coś każe mi się skupić wyłącznie na jej tęczówkach. Zbieram więc wzrok z moich czarnych mantersów na jej twarz. Skupiam się na nich. Na ich idealnym kolorze. Na ich kształcie, na ich blasku.-Widzisz.. twój ojciec "podobno" zmarł, ale on żyje.- powiedziała jednym tchem. Nie jestem pewna, czy to co teraz usłyszałam to prawda. Jej oczy.. są takie... jakby... Zaczarowane. Nie słucham jej tłumaczeń, tylko oczu. Mam wrażenie jakby to z nich wypływają te słowa. Nie z ust tylko, z jej błękitnych oczu. Czuję się, jakby to był sen, więc niewinnie się uśmiecham i kiwam głową, nie spuszczając wzroku z jej źrenic. Uspokajają mnie. Sprawiają, że czuję się błogo. Jakiś wewnętrzny głos podpowiada mi, że cokolwiek teraz mówi jest prawdą i należy tego słuchać, bo inaczej się ją zawiedzie. To znaczy jej oczy...
                   Zaklęła pod nosem. A ja powtórzyłam te słowo. Chcąc zapamiętać je na zawsze. Było takie idealne.
                   Raptem jej oczy znikły pod okularami. Błogość zniknęła, sen się skończył, a koszmar powrócił. Poczułam pustkę. Jakiś wewnętrzny brak.
                   Chyba coś mówiła, ale nie wiem co takiego. Wbijam wzrok z powrotem, na zachlapane błotem buty. Są już chyba trochę za małe, bo cisnął mnie w palce. Będę musiała w nich chodzić, do następnej wypłaty mamy, czyli cały miesiąc.
                    -Tori! Fu*k, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- z ust matki wydobył się krzyk. Tylko, że ona nigdy na mnie nie krzyczy...-Em... Przeprasza. Wytrąciłaś mnie z równowagi. Może zacznę od nowa, tylko tym razem słuchaj. Proszę. Zgoda?- pyta. Kiwam powoli i ostrożnie głową.- Dobrze. A więc nie jestem niewidoma. Tylko udawałam, a...a...a twój ojciec żyje..- mrugam i mrużę oczy.
                    -Um... Możesz powtórzyć, bo mam wrażenie, że coś się przesłyszałam.
                    -Tak Tori... To prawda, twój ojciec, żyje, a ja...
                     -Przestań! Nie mów na mnie Tori!-krzyczę. Ściskam palce w pięść i czuję, jak paznokcie wbijają mi się w skórę. Biorę głęboki wdech.- Bardzo kiepski żart.- mówię. Rozluźniam ręce.- Przestań.- mówię już spokojnie.
                      -Victorio, ja... ja przepraszam.- mówi.
                      -Przepraszasz? Za co? Za to, że przez szesnaście lat utrzymywałaś, że mój ojciec leży w grobie?- mówię ironicznie. Między nami zaczęła panować niebezpieczna cisza.- Czemu mi to robisz? Dlaczego mi tego nie powiedziałaś?! W ciągu jednego dnia decydujesz się na przeprowadzkę, mówisz mi, że nie jesteś niewidoma i że ja mam ojca... Chcesz mnie zniszczyć? Zniszczyć moje życie? Dlaczego!?- milknę. a po chwili kontynuuję:- Wyręczałam cię z obowiązków domowych, opiekowałam i pocieszałam, a ty mi dzisiaj mówisz, że nie potrzebnie, że to jedne wielkie kłamstwo? Jak mam ci teraz zaufać?
                -Tori...- mówi przesłodzonym głosem.
                -Skończ!- przerywam jej.- nie chcę jej dłużej słuchać. odwracam się od niej. Czemu ona mi to zrobiła? Czemu kłamała, wyręczała się mną i oszukiwała wszystkich dookoła? Czy naprawdę nie znam osoby, która zna wszystkie moje udręki? Czy osoba, która jako jedyna darzy mnie uczuciem jakim jest miłość tak naprawdę, wykorzystywała moją ufność? Po moim policzku spływa powoli łza. Szybko ją wycieram. Nie chcę by pomyślała, że jestem słaba.
              Po głowie chodzi mi jeszcze jedno pytanie: po co mnie tu wywiozła? Dochodzę powoli do wniosku, że ona zna odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Należy mi się cała prawda i tylko prawda, a niestety ona musi ją znać... Otwieram usta, chcę na nią spojrzeć, ale jej już za mną nie ma. Opiera się rękoma na masce samochodu.
             Wszyscy są zajęci.
              Wycieram policzki i korzystając z okazji próbuję zorientować się w terenie. Robię parę kroków wzdłuż ścieżki, którą będziemy szli. Jestem lekko zdziwiona. Dróżka jest na tyle szeroka, że swobodnie przejechalibyśmy samochodem, a dookoła nas nie ma żadnych zabudowań. Dlaczego więc dalej idziemy piechotą? A może wcale nie idziemy... Gdy wrażam z powrotem, prowadzą konwersację. Podchodzę bliżej i niechcący słyszę jak mówią o jakiejś dziewczynie chwalą ją, jaka jest dzielna i odważna, mówią, że jeszcze ma szansę przyjść na czas.
             Delikatnie szturcham kierowcę w ramię i zaczynam mówić:
             -Em...Przeprasza, ale czemu idziemy piechotą? Wydaje mi się, że możemy pojechać dalej samochodem...- mówiąc ostatnie zdanie poczułam zapach dymu. Czyżby auto się popsuło? Spoglądam na maskę, ale nie wydobywa się spod niej żaden dym.
            -Nie możemy jechać samochodem, to zbyt niebezpieczne, bylibyśmy łatwym celem do wytropienia.
              -Chwila do wytropienia? Nie rozumiem...- naprawdę nie mam pojęcia o co mu chodzi, ktoś nas śledzi? A może raczej tropi? Ktoś nas szuka? To bez sensu, bo niby kto- ten starszy pan? Ten pulchny staruszek? To niemożliwe. Bez sensu. W tej samej chwili zapach się wyostrza, jakby ogień wędrował w naszą stronę, jakby las się palił...- Przepraszam, ale czy e=wy też czujecie ten zapach dymu? Jest coraz bardziej wyraźny...- Popatrzyli się na mnie dziwnie, a ja momentalnie dostałam zawrotów głowy. Spojrzałam w niebo. Żadnego ślady dymu. Czyste niebo. Spoglądam na Marleya, a potem chodź nie chętnie, na mamę. Podchodzi do mnie i chwyta moją dłoń wyrywam się.
            Kręci mi się w głowie.
            Coraz bardziej, obraz się rozmazuje, a ja tracę równowagę.
            Dym czuję teraz przerażająco wyraźnie, jakbym stała w ogniu...
            Zamykam oczy.
            Łapię się za czyjeś ramię i się na nim przytrzymuję. Klnę upadając.
            Tracę przytomność, ale wiem co się dzieje. Czuję jak ktoś bierze mnie na ręce i podnosi. Robi kilka kroków.
           Raptem czuję przeszywający ból w prawej nodze. Ktoś szepcze "przepraszam Victorio" Rozpoznaję głos- to Marley. Dziwne... nikt na mnie nie mówi po imieniu, a już szczególnie on.
            Utrzymanie trzeźwości umysłu
okropnie męczy. Poddaję się i zanurzam się w kompletnej nicości
          
            Chyba wracam do świata żywych. Otwieram powieki. Widzę twarz chłopaka. Ma przystrzyżone blond włosy i czarne oczy. Kontrastują one z jego jasną cerą. Spogląda na mnie i posyła lekki uśmiech. Odwzajemniam się. Staje i powoli upuszcza mnie na ziemię.
            -Jak długo byłam nieprzytomna?-pytam.
            -Około dwudziestu minut.- odpowiada.
            -Przepraszam, że musiałeś nie nieść. Pewnie bolą cię plecy.- czuję się nieswojo mówiąc to. Marley to mój przyjaciel, ale jednak nie chciałam by taka sytuacja zaistniała. Blondyn delikatnie się do mnie uśmiecha, kłania i mówi, że to była dla niego przyjemność. Szukam na jego twarzy ukrytego uśmiechu, ale go nie odnajduję.
             To do niego nie podobne. Marley nie żartuje jest najpoważniejszym siedemnastolatkiem jakiego znam. Nie lubi żartować, dowcipkować i tak dalej.

             Przed chwilą mżawiło i nie było widać słońca, a w tej chwili świeci mocno. Niebo się rozchmurzyło, a my idziemy dalej ścieżką. Liście spadają z drzew przy byle jakim podmuchu wiatru. Nikt do nikogo się nie odzywa, chłopaki milczą, tylko raz na jakiś raz spoglądają na mnie. Mama trzyma moją rękę. Nie potrafię jej odmówić, choć w moim sercu odbywa się wielka wojna o miłość do niej, chodź czuję wstręt. Zastanawiam się dlaczego jakiś nieznajomy, bez imienia, pożyczył swoje auto i prowadzi nas daleko przed siebie, do jakiegoś rzekomego domu. I czemu Marley idzie z nami? I jaki przeklęty związek z tym wszystkim ma facet z przystanku autobusowego? Puszczam rękę mamy. Staję i robię dwa kroki do tyłu. Noga za nogę. Wciągam powietrze do płuc.
             -Dobra.- mówię sama do siebie. Wdech i wydech. Dasz radę, ten jeden jedyny raz. Musisz się przeciwstawić. Dasz radę.- Przeprasza, ale zastanawiam się, czemu pan, z nami idzie? Przecież jesteś taksówkarzem...-udało się. Powiedziałam. Kości zostały rzucone. Wątpię, że się czegoś dowiem, a muszę.
             -Masz refleks. Po jakiejś godzinie zorientowałaś się, że coś jest nie tak? Brawo.- oschle odpowiedział. Idealnie, pewnie jakieś kłopoty, ale w jednym ma rację. Dopiero w środku lasu, około sto kilometrów od domu zrozumiałam, że coś jest nie w porządku. Dziękuję ci moja spostrzegawczość.
           -Spokojnie Tori. Podejdź do nas i zaraz ci wszystko wyjaśnimy.- powoli i ostrożnie wyciąga rękę Marley. Próbuje załagodzić konflikt.- dużego wyboru nie masz, jesteśmy w środku lasu. Spokojnie, za jakieś dwa kilometry będziemy na miejscu. Wszystko ci wyjaśnię.
           Zamiast załagodzić sprawę Marley dolał tylko oliwy do ognia. Ponownie cofam się do tyłu i wbijam nogi w ziemię.- Odpowiedz. Co masz do stracenia? Po prostu chcę wiedzieć, dlaczego marnujesz swój czas na zaprowadzenie nas do jakiegoś domu na skraju lasu. Tylko to chcę wiedzieć. A i może czemu twierdzicie, że coś może nas WYTROPIĆ.
           -W chwili obecnej jesteśmy zwierzyną łowną. Dlaczego? Bo za kwadrans będzie się ściemniać, a ja nie zamierzam ryzykować twojego życia, przez głupie pytania.-zamilkł. Czemu powiedział "twojego życia"?- Ech... w sumie to i tak za dwadzieścia minut wszystkiego się dowiesz... Jestem Tony. Starczy.
             Wciągnęłam ostrożnie powietrze. Znowu.
             Duszący odór dymu. Czemu go czuję?
             Wszystko kolejny raz wiruje, las, ja kierowca. Odruchowo zasłaniam rękawem usta. Okropnie mnie mdli. Spoglądam na matkę. Podbiega do mnie i łapie mnie za ramiona. Odór jest 
 coraz mocniejszy.
            Mam mroczki przed oczami. Nie zamykam oczu. Muszę wytrzymać te pare chwil słabości. Nie zamykaj tych cholernych oczu!
              Podbiegam do przodu, kiwając się na boki jak pijana. Wyprzedzam kierowcę, by móc oprzeć się o drzewo. Jestem za słaba. Nogi mam jak z waty. Zsuwam się ocierając plecami o korę. Głowa opada mi na ramię. Ktoś mnie policzkuję, co sprawia, że lekko ją podnoszę. Nie wytrzymam.
           Poddaję się. Zamykam oczy.

          Idę coraz bardziej w głąb lasu. Im dalej, od tego miejsca tym bardziej odzyskuję zmysły. Odwracam się i widzę  Marleya. Znowu musiał mnie nieść. Staje. Pytam się go dlaczego, a on tylko wskazuje palcem przed siebie. Spoglądam w tamtym kierunku. Brama. Jesteśmy na miejscu...
           -Em.. to tutaj?- zadaję idiotyczne pytanie dla Tony-ego. W końcu w lasach jest pełno zadbanych domów. Chwila... on jest zadbany. Musiała tego dopilnować. Boję się. Ona to wszystko miała już dawno zaplanowane.
          Tony przewraca oczami i lekko kiwa głową. Mogłam się tego spodziewać. Chcę otworzyć bramę i wejść, ale nie potrafię. Strach i obawa braku odwrotu paraliżuje mnie od środka. Ktoś chwyta mnie za ramię.
          -Cześć jestem Kate Lisnow.- słyszę. Przede mną stoi szczupła, wysportowana zielono oka dziewczyna.
          -Cześć. -odpowiadam nie pewnie. To o niej mówili. Ciekawe do czego jest im potrzebna.-Miło cię poznać. Jestem Victoria.-uśmiecham się koślawo.
          -Jakie masz nazwisko? Tutaj to ono o wszystkim decyduje.
           -Light...- mówię ociągle.- O czym ono decyduje?- pytam podejrzliwie.
           -Żarty sobie robisz? Nie śmieszne.- odwraca się do mnie i rozmawia z Marleyem.- Ech... Marley mówiłam ci... Wiem, że jesteście przyjaciółmi, ale zasady to zasady. Nie wolno mówić o celu. Nie wiemy czy w ogóle cokolwiek dla nas znaczy.
            -Kate, ona mówi prawdę. Nic nie mówiłem nie jestem głupi. Nawet gdybym mógł nie zrobiłbym tego. Wiem, że to niebezpieczne.- szepczą między sobą.
                Nie wiem o co im chodzi. Jestem zwykłą szarą Victorią. Nie jestem ani spostrzegawcza, mądra, czy wysportowana.
               Dopiero teraz zwariowałam. Dopiero teraz się boję. Dopiero teraz jestem naprawdę sparaliżowana ze strachu. To pewnie po tym jak zemdlałam. Pewnie jeszcze leżę pod drzewem, albo w ogóle przy samochodzie.
              - Nie chcę wam przeszkadzać, ale ja tu jestem...- mówię lekko drżącym głosem. Kate i Marley są również przerażeni. Coś mi mówi, że to nie żarty, nie wytwór wyobraźni. Jednak, wolę i chcę utrzymywać, że tak jest.
             -Em... Przepraszam Victorio. Jestem drużynową namiotu "Woda", trenerką. Są podejrzenia, że jesteś potomkinią, ale to...-urwała i spojrzała na Marleya.-... nie pewne...
           -Nie mąć jej w głowie... Tori to zwykły dom, przynajmniej z zewnątrz. W środku... Zresztą dowiemy się, czy go zobaczysz.- W głowie mam teraz tysiące pytań bez odpowiedzi. Wolałabym po raz kolejny odpowiedzieć i obudzić się gdy będzie po wszystkim. Tony wyciąga klucze z kieszeni jeansów i idzie w kierunku drzwi. Wbrew sobie podążam jego śladem. Coś  w środku każe mi iść jego śladem. Otwiera wielkie brązowe drzwi i gestem ręki każe przekroczyć próg.
           Powoli. Noga, za nogą. Nikomu się nie śpieszy...
           Ciemność. Czuję jak coś rozrywa mi nogę.
           Krzyczę. Płacz miesza się z piskiem.
           Ciemność. Ciemność . Ciemność- ratunek...
           Wiję się w okropnych spazmach.
            Udaje mi się podciągnąć trochę do przodu.
            Koniec. Ulga. Długie i  przeciągające się w nieskończoność uczucie pustki. Chodź zdradzieckie, upojne.
            Z zaskoczeniem odkrywam, że mogę otworzyć oczy. Las.
            Wszędzie rosną kwiaty. Na gałęziach widzę małe różowe pączki. Leżę na plecach. Wstaję, bez najmniejszego bólu. Odwracam się, ale tam nie ma drzwi, klamki, czy okna- drzewa. Koszmar. Albo  umarłam i to moje niebo lub piekło, albo leżę i konam w męczarniach, a to mój ostatni koszmar.
             Często mam bardzo realistyczne koszmary. Tym razem zapewne jest tak samo.
              Szczypię się w nadgarstek... czuję ból. 
              To źle. To cholernie źle. To cholera oznacza, że żyję, a to jest.... pra.. prawdą...

             Marley, coś wspominał, że „zobaczymy czy w ogóle będzie go mogła przekroczyć”, chodziło mu o próg. Może ja go wcale nie przekroczyłam. Może jakaś siła mnie cofnęła powrotem do punktu wyjścia? A może po prostu ocknęłam się ze snu podczas, którego oni wykorzystali moją bezbronność? Ale po co i skąd w takim razie znam Kate Lisnow? Jeśli chcę przeżyć, muszę znaleźć drogę prowadzącą do jakiegokolwiek zabudowania i jakieś miejsce, gdzie będę się mogła przespać. Jak wrócę stąd w jednym kawałku to Marley, moja matka, Tony i ta cała Kate zginą marnie z moich rąk.

 
             Widok jest nieziemski. W mieście nie widać nocą gwiazd, a tu z drzewa mam je jak na dłoni. Nie chce mi się spać, jednak wiem, że muszę, bo jutrzejszy dzień będzie ciężki i trzeba będzie znaleźć drogę do cywilizacji… by zgłosić na policji porwanie i próbę zabójstwa. W końcu zostawienie szesnastolatki po środku dzikiego lasu, bez niczego i samą, prędzej czy później do tego się sprowadza...

             Za bardzo się boję. To ten jeden z nielicznych momentów w życiu człowieka, kiedy tak bardzo boi się następnego dnia, że nie da rady zasnąć.

             Słońce powoli wschodzi, kiedy ja się poddaję. Dłużej nie wytrzymam. Zresztą jest dzień. W dzień chyba nic złego nie może się stać…
             Znowu czuję zapach dymu, znowu kręci mi się w głowie. Tym razem podchodzę do drzewa i się go kurczowo trzymam, nie mam zamiaru ponownie mdleć, albo tracić zmysły. Nie dam ponownie się omamić temu przeklętemu dymowi. Skąd się on bierze? Wstaję i opieram się plecami o drzewo. Widzę przed sobą chyba mojego przyjaciela, a może to Tony? Nie potrafię ich odróżnić przez te okropne zawroty głowy. Nagle odór ustaje. Rozglądam się na boki w dalszym ciągu widzę przed sobą postać. To Marley. Każe mi powiedzieć ile widzę palców. Odpowiadam, że trzy, ale nie chwila on pokazuje sześć… wreszcie wzrok m się wyostrza i mówię, że wyraźnie widzę jeden palec. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Źle się czuję. Próbuję wstać i z jego pomocą wykonać krok, ale od razu wymiotuję. Podaje mi chusteczkę i pyta czy wszystko w porządku i czy mogę iść, a potem dodaje, że potrzebny jest mi teraz odpoczynek. Kiwam głową na znak zgody. Zdecydowanie przyda mi się teraz odrobina snu. Opieram się o sosnę i w tym właśnie momencie słyszę jak jakiś ptak śpiewa swoją melodię na drzewie. Spoglądam w górę.  Ma szare pióra, ogon i głowę w tym samym kolorze. Mimo tego jest piękny. Wyjątkowy. Pokazuję go dla Marleya. Uśmiecha się lekko. Bierze go na palec i stawia na ziemi obok mnie. Ptak przestaje śpiewać i wbija swój wzrok we mnie. Patrzy mi prosto w oczy. Jestem pewna, że słyszę jak jakieś małe dziecko coś mówi. Skąd tu się wzięło? Jesteśmy w środku lasu… Pewnie mi się wydaje, ale dla pewności rozglądam się na prawo i lewo. Spoglądam tam gdzie stał, rajski ptaszek. Nie ma go i Marleya.   
--------------------------------------------------------------------------------
Hej :) Przepraszam, że tak późno, ale stwierdziłam, że bez sensu jest wstawiać wcześnie nowy post. Przepraszam również, tych którzy oczekiwali na coś innego... Na coś lepszego niż ta notka jest. Stwierdziłam, że zrobię wam jednak trochę krótsze rozdziały. Taka długość może być? Jeśli nie to walcie śmiało :))) Wytykajcie błędy itp.
No kochani to co myślicie? Co zrobi Vic? Gdzie jest Marley? HMM.. Zdradzę wam, że on... NIE! Nie mogę... czekajcie cierpliwie do... 10 lub 11 marca :) Dziękuję za wcześniejsze komentarze. Pamiętajcie każde wyświetlenie i kom dają mi kopa motywującego w tłuste leniwe dupsko xD
Pozdrowiąka ZPW Brzoza

wtorek, 3 lutego 2015

Prolog "Ku pamięci".

                                                                      "Pro Memoria"


 
Kobieta była jakby to dobrze ująć... nie ufna. Nie wierzyła we wszystko to, co ją otacza. Gubiła się pomiędzy snem, a rzeczywistością. Pewnego dnia obudziła po raz setny zlana zimnym potem. Bała się, że rzeczywistość to kolejny koszmar. Bała się, że to co ją otacza: nienawiść, bezradność, nieprzespane noce, są jej wymysłem. Chciała się z niego obudzić. Musi umrzeć, by zacząć wieść prawdziwe życie. Skoczyła do przepaści. Niestety to nie był sen. Tylko rzeczywistość...
 
Nigdy się nie obudziła. Nigdy nie zaznała spokoju. Złudnego poczucia szczęścia. Nigdy.
Żyła tym, czego nie było. Żyła myślami. Żyła kłamliwą wiarą. Żyła.
To opowieść bez "happy end'u". Bez morału i zbędnych wypocin na temat, tego co powinniśmy zmienić.
 
To jedna z nielicznych historii, napisanych przez życie. To jedna z nielicznych historii, które chodź prawdziwe kłamią...
Ale, nikt nie poznał Victorii. Ale nikt nie usłyszał o tych rzeczach. Ale, nikt, nigdy i nigdzie nie słyszał o tamtych lasach, o tamtym jeziorze, o tamtym ptaku i o tamtym pierścionku, przez którego żyła i zginęła. Ale.
 
Skoro, więc nikt nie wie, czy to, co się zdarzyło to prawda, to dlaczego wszyscy jej nie żywi znajomi wierzyli? Pomagali, uczyli, walczyli, pocieszali, wybaczali i przepraszali? Nie wyśmiewali, nie posądzali o głupotę. Dlaczego.
 
Można wymieniać tysiące argumentów, pytań. Zadać zbędnych trudów. Żeby uwierzyć trzeba było ją znać. Trzeba było z nią być. Ja nie byłem, ale uwierzyłem. Wystarczy spojrzeć na jej życiorys. Po tym, co przeszła, co zrobiła, zasługuje na trochę szacunku, czytelniku. Więc nie gardź i nie rozpowiadaj, że to fikcja. U w i e r z,  z a u f a j  i  p o s ł u c h a j
 
Być może odkryjesz w sobie, tak jak ona swoje powołanie i swoje przeznaczenie. Odszukasz je i...
                           ...Zginiesz...
Musisz pamiętać, że zwyciężyć i nie ulec, to prawdziwe zwycięstwo. Ona nie uległa. Gdyby to zrobiła, byłaby wśród nas, chodziła, opowiadała i śniła. I każdego dnia wiecznej męczarni budziła się zlana potem. I każdego dnia umierała, a mimo to żyła. Żyłaby śmiercią. Płaczem nuciła piosenki. Płaczem snułaby marzenia, błagałaby, ale przez to, że uległa nic by nie dostała. Za to spełniłaby swoją misję. Postąpiłbym tak samo...
 
To nie moje, a jej słowa. To jej uczucia i jej opisy. Nie była i zapewne nie będzie wybitną pisarką. Szkoda. Mam nadzieję, że mi wybaczy, że nie będzie już mogła chodzić nie zauważalna po ulicach. Mam nadzieję, bo w przeciwieństwie do niej ona będzie miała ją wiecznie, nawet, gdy nie będzie chciała. Będzie miała, ten kłamliwy promyk, który niszczy od środka. Moje dni są policzone. Jej nigdy nie będą. Bo jest Victorią Light.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No dobra więc jedziem z tym koksem xD Rozdział wstawię po 500 odwiedzinach. Ostrzegam, że będą straaaaszniieeee dłuuuuugaśne rozdziały. Tak długie, że będziecie je czytać po dwa dni xD :D ^.^ [piszę każdy rozdział na 19-30 stron worda] Jak prolog? Nie za krótki? Nie za długi? Opowiadanie będzie w pierwszej osobie cz. teraźniejszego. To tutaj ^ to wykwit mojej wczorajszej chandry i przestudiowaniu tego co napisałam :) Jak pewnie zauważyliście lubię dużo pisać[i wstawiać emotikonki i kwadratowe nawiasy xD]. A więc oficjalnie Zapraszam do czytania. :)
PS. Zapomniałam dodać, że uwielbiam mieć kontakt z osobami z którymi obcuję[czyt. czytelnikami], więc odpowiadam na większość komentarzy i odwiedzam blogi[spamcie w "Spam"]